Loża minus 5. Ordynarne kłamstwa cyngla Gazety Wyborczej. Amnezja TW CAREX. Kasjer lewicy.

 

Cyngiel Gazety Wyborczej Czuchnowski  napisał ordynarnego kłamliwego paszkwila "Fundację Jolanty Kwaśniewskiej i polityków SLD od 2006 r. rozpracowywała specgrupa policyjno-prokuratorska. Wynik: prawie zero" , a towarzysz Cimoszewicz TW CAREX rezonuje , jakby cierpiał na amnezję , donosem do prokuratury. Wszystko to ma wymiar medialny, III RP odzyskana dla Michnika na ratunek Tuskowi, gwarantowi układu . Kto jeszcze cierpi na amnezję?

Proroczy artykuł Targalskiego z lutego 2005 r.: www.abcnet.com.pl/artykul.php?art_id=2076&dz_id=1&token=

"Jeszcze trochę i przeczytamy wielki artykuł redaktora pt.: „Jak Macierewicz uniemożliwił mi ujawnienie agentury!” Takiego zwrotu nie można jednak dokonać od razu, trzeba działać stopniowo. Potem dowiemy się jak to Macierewicz i Olszewski ukrywali agenturę a Michnik po cichu wynosił teczki by ją wreszcie unieszkodliwić.
Donald Tusk nagle zaczął wzywać znajomych polityków i w wielkiej tajemnicy, czyli do natychmiastowego powtórzenia wszystkim, zwierzał się z błędów przeszłości. Teraz żałuje, iż głosował za obaleniem rządu Olszewskiego i przeciwko lustracji, ale już zrozumiał, ostatecznie 12 lat myślenia to dla Tuska niezbyt dużo, i teraz już jest za lustracją, ba jest ona nawet niezbędna dla Polski.
Niebawem się dowiemy, iż Macierewicz z Olszewskim obalili rząd Tuska, bo ten chciał ujawnienia agentury. Naród o tym przeczyta we wszystkich mediach, u poważnych dziennikarzy i będzie święcie o tym przekonany głosował na partię Olechowskiego, znanego wroga agentury i I Departamentu."

 

2007-05-16

Jesteśmy bliscy udowodnienia, że w Polsce istnieje ponadpartyjna i ponadczasowa superstruktura, którą nazywam Lożą minus 5.
To stowarzyszenie ludzi, związanych ze służbami specjalnymi, którzy mają wspólne interesy, przymykają oczy na szwindle, od lat są nietykalni i wzajemnie sobie pomagają. To nie rządy mają wpływ na tych ludzi, lecz odwrotnie.- 

Szykanują nas w różny sposób, z czarnym pijarem włącznie. Grożono mi zabójstwem, porwaniem dziecka, ani dnia spokoju, bo nikt nie chciał pomóc, udawano, że nie ma sprawy. Bronimy się, stąd nagrania rozmów z Oleksym i Michnikiem wyjaśnia Gudzowaty . Powiedział, że Oleksy nie został nagrany bez powodu, a cel tego "w swoim czasie wyjdzie na jaw”.

 

"Wprost"Nr  13/2005 (1165)

Mafia!

"Najpierw były dziwne powiązania znanych osobistości z półświatkiem i tajnymi służbami. Potem zdarzały się przerzuty broni do krajów objętych embargiem oraz wielkie transporty (po kilka ton) narkotyków, za którymi stali gangsterzy, ludzie tajnych służb i powiązani z nimi biznesmeni i politycy. Powstawały wtedy spółki za pieniądze z funduszy operacyjnych tajnych służb (firmowane przez znanych obecnie biznesmenów), w nielegalne interesy wchodziły dawne centrale handlu zagranicznego. A potem w dziwnych okolicznościach zaczęły ginąć osoby, które o tych interesach wiedziały lub były w nie uwikłane. "Nie ma w Polsce mafii, jest tylko zorganizowana przestępczość" - mówili kolejni ministrowie spraw wewnętrznych i sprawiedliwości III RP, choć ślady istnienia mafii widzieliśmy na każdym kroku. Dopiero sejmowe komisje śledcze ujawniły skalę tej gangreny."

Numer: 5/2005 (1157)

Tort wiedeński

O wiedeńskim układzie tygodnik "Wprost" pisał pierwszy w artykułach "Polski kartel" (nr 14/2003) oraz "Porządek Baraniny" (nr 20/2003). W ubiegłym tygodniu wiele nowych faktów na temat wiedeńskiego układu ujawnili dziennikarze TVN w programie "Superwizjer". Dziennikarze "Wprost" dotarli do kolejnych szokujących faktów dotyczących już nie wiedeńskiego układu, ale wręcz polsko-wiedeńskiej republiki mafijnej.

Polsko-wiedeńska republika mafijna
Kiedy upadała PRL, tysiące funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa, milicji i Wojskowych Służb Wewnętrznych postanowiło użyć swoich znajomości do robienia interesów. Zajęli się handlem paliwami, bronią, alkoholem, założyli firmy ochroniarskie, weszli w branżę usług finansowych, działalność parabankową, handel zagraniczny. Do udziału w wielu przedsięwzięciach, przede wszystkim handlu narkotykami i bronią, włączyli prowadzonych przez siebie tajnych współpracowników oraz kontrolowanych przez siebie przestępców. Kilka lat temu ówczesny zastępca szefa Zarządu Śledczego Urzędu Ochrony Państwa mówił "Wprost", że prawie 80 proc. znanych przywódców polskiego podziemia było informatorami bądź tajnymi współpracownikami SB, WSW i milicji. Część pracowała potem dla policji i UOP (potem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Agencji Wywiadu) oraz Wojskowych Służb Informacyjnych. Centrum interesów mafii i byłych funkcjonariuszy tajnych służb PRL stał się Wiedeń.
To miasto jako centrum wielkich interesów (ciemnych i jasnych) pojawiło się przy okazji przesłuchań przed sejmową komisją śledczą ds. Orlenu. "Nie utrzymywałem ani biznesowych, ani towarzyskich, ani żadnych innych kontaktów z Jeremiaszem Barańskim [pseudonim Baranina]. Próby łączenia mnie ze środowiskiem Barańskiego są kłamstwem nie opartym na żadnej przesłance". Oświadczenia takiej treści odczytali przed komisją Aleksander Żagiel i Andrzej Kuna, działający w Wiedniu polscy biznesmeni. Reporterzy "Superwizjera" TVN pokazali dokument z archiwum Baraniny, w którym nazwiska Kuny i Żagla znalazły się obok jego współpracowników w Polsce. Dziennikarze "Wprost" dotarli z kolei do informacji, które Baranina przekazywał tajnym służbom Austrii i Niemiec (roztaczającym nad nim parasol ochronny). Jak ustaliliśmy, te same informacje przekazano oficerom Centralnego Biura Śledczego badającym kulisy śmierci ministra Jacka Dębskiego oraz generała Marka Papały
.(...)

 

„Grupa wiedeńska”i taśmy gangstera- 29-03-2008

Poważny problem dostrzegli jednak członkowie sejmowej komisji śledczej ds. Orlenu. Tym bardziej że to właśnie Kuna z Żaglem zorganizował słynne spotkanie Ałganowa z biznesmenem Janem Kulczykiem. Na nim miały zapaść decyzje dotyczące polskiej energetyki. Podczas przesłuchań przed komisją na światło dziennie wyszły powiązania tzw. grupy wiedeńskiej złożonej z biznesmenów, gangsterów i ludzi służb specjalnych. W tej grupie znaleźli się, oprócz Kulczyka, Czerniaka i Ałganowa, także Kuna i Żagiel, którzy w 1969 r. wyjechali z Polski, osiedlając się w Austrii. Pierwsze skrzypce w „grupie wiedeńskiej” miał grać dobry znajomy biznesmenów Jeremiasz Barański ps. Baranina – gangster i współpracownik PRL-owskich służb specjalnych, którego oskarżono o zabójstwo byłego ministra sportu Jacka Dębskiego. Podejrzewany był też o kierowanie grupą przestępczą. 7 maja 2003 roku „Baraninę” znaleziono martwego w celi austriackiego aresztu.

Z ustaleń „Rz” wynika, że spółka ta sponsorowała zorganizowany w listopadzie 2007 r. przez fundację Jolanty Kwaśniewskiej, znajomej Kuny i Żagla, Światowy Szczyt na rzecz Rodziny. Nasi informatorzy twierdzą również, że właśnie od Pirelli Pekao RE mieszkania kupowali wpływowi politycy lewicy. „Wśród klientów firmy są przedstawiciele różnych grup zawodowych i społecznych, jak również ugrupowań politycznych” – oświadcza biuro prasowe Pirelli.

Nieruchomościami zajmuje się także firma Promedia. Na terenach spółki swoją działalność prowadziły m.in. supermarkety Albert (Galeria Ursynów w Warszawie) i Biedronka (Lubsko, woj. lubuskie). Te nieruchomości firma sprzedała na przełomie 2006 i 2007 r.

Według informacji „Rz” z firmą Promedia związany był Wojciech Czerniak, były szef wywiadu UOP, w latach 1981 – 1985 konsul w polskiej ambasadzie w Wiedniu.

W czasie gdy kierował wywiadem, ze służby odeszła grupa oficerów rozpracowująca Ałganowa. 30 czerwca 2006 r. Czerniak jako pełnomocnik Kuny uczestniczył w zgromadzeniu wspólników Promedia. Czerniak jest też prezesem deweloperskiej spółki Concordia. (..)Fundację wspierali m.in.: PFRON, Prokom Ryszarda Krauzego, fundacja Dar Serca Orlenu, Plus GSM, Giełda Papierów Wartościowych, Port Lotniczy im. Chopina w Warszawie czy też firma J&S, która dostarcza rosyjską ropę do Orlenu.

„Jakie jest najszybsze zwierzę w Warszawie? Kuna z żaglem” – taki żart o dwójce biznesmenów jeszcze do niedawna krążył po stolicy. Potrafili bowiem załatwić niemal wszystko. Nie było to niczym dziwnym, znali wielu wpływowych polityków, którzy podejmowali kluczowe dla kraju decyzje. Do grona ich znajomych należeli m.in. były prezydent Aleksander Kwaśniewski oraz jego żona Jolanta. – Przez dziesięć lat nigdy nie byłem w Pałacu Prezydenckim – twierdzi Żagiel.

Potwierdza jednak, że wraz z Kuną utrzymywał przyjacielskie stosunki z Edwardem Mazurem, polonijnym biznesmenem, oskarżanym o podżeganie do zabójstwa gen. Marka Papały. To właśnie Mazur wpadł na pomysł, aby Kuna i Żagiel skupowali od banków polski dług zagraniczny. W tym celu powstała spółka Biccarco. – Poza listem intencyjnym nie podpisaliśmy nic innego. Nie doszło do żadnej transakcji – tłumaczy Żagiel. Dodaje, że w przeciwieństwie do Kuny w ogóle nie był przesłuchiwany w sprawie dotyczącej afery FOZZ."

10 Maj 2008

 

Miodowicz: nie wymyśliłem Jaruckiej

Annę Jarucką poznałem przez przypadek. Moim obowiązkiem było wysłuchanie tego, co ma do powiedzenia i poinformowania o tym komisji śledczej. Nie wymyśliłem tej sprawy. Nie dopuściłem się prowokacji i mam nadzieję, że nie padłem ofiarą prowokacji - tak bronił się wczoraj Konstanty Miodowicz (PO

 

WYWIAD  z ROKITĄ Z 2007 ROKU : Dwa lata temu Cimoszowicz został załatwiony, no, przez generalnie, pułkowników. No tak by to wyglądało.
 
 
Jan Rokita: Nie podzielam tego zdania.
 
Nie uważa pan tak?
 
JR: Nie podzielam tego zdania. Cimoszewicz ukrywał przed opinią publiczną swoje potężne operacje giełdowe. Jak one zaczęły wychodzić na jaw w malutkim stopniu natychmiast się wycofał, żeby nie wyszły[...] Absolutna mistyfikacja, że ktoś wykończył Cimoszewicza.
 
Ale Jarucką wyciągnął z kapelusza Brochwicz i Miodowicz.
 
JR: To bez znaczenia, Jarucka przyszła do komisji śledczej i ją przesłuchiwano. Ja bym postąpił dokładnie tak samo [...]. Gdy ktoś przychodzi i jest świadkiem w takiej sprawie
 
Tak sama [...] przyszła?
 
JR: Nie mam zielonego pojęcia, bez znaczenia, się zgłosiła. Jak się ktoś zgłaszał do mnie, jak byłem w komisji śledczej zgłosiło się piętnaście osób. Wszystkich wezwałem. [...] Ale nie to jest. To jest wielka mistyfikacja. Przecież nie Jarucka była przyczyną odejścia Cimoszewicza, [tylko] operacje giełdowe.

 

 

Premier Tusk, dostaje rykoszetem za działania sprzed siedmiu lat, których się dopuścił może on sam, ale na pewno jego ludzie z PO.
Komisja do sprawy Orlenu, członek komisji z ramienia PO Konstanty Miodowicz wzywa przed oblicze komisji ,żonę prezydenta Kwaśniewskiego, panią prezydentową Jolantę Kwaśniewską.
Poseł Miodowicz PO, wezwał dlatego panią prezydentową Kwaśniewską, dlatego,że podczas imprezy charytatywnej zrobili sobie z panią Kwaśniewska zdjęcia. Tacy ludzie jak panowie Kuna,Żagiel i Dochnal.
Poseł Miodowicz PO twierdził na podstawie tych zdjęć,że owi panowie robili z Jolantą Kwaśniewską, interesy, co nie było prawdą.
Drugi show pana posła PO Miodowicza,też w komisji Orlenu się rozkręcił.
Poseł Miodowicz PO, tym razem zaatakował Włodzimierza Cimoszewicza SLD, wzywając go przed komisję dlatego,że córka marszałka sejmu Cimoszewicza SLD, nabyła akcje PKN ORLEN.
Poseł PO Miodowicz ,oskarżył Włodzimierza Cimoszewicza, o to,ze jego córka działała na szkodę PKN Orlen, kupując akcje PKN, a po 4 miesiącach sprzedając je z zyskiem.
Później poseł Miodowicz PO, w celu wyeliminowania Włodzimierza Cimoszewicza SLD ,z wyborów prezydenckich ,użył niejakiej Jaruckiej,która kłamała przed komisją oskarżając Cimoszewicza SLD. Jarucka za to , została skazana prawomocnym wyrokiem, dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeni na cztery lata.
Nikt nie uwierzy ,że poseł Miodowicz PO, bez konsultacji z przewodniczącym klubu i partii PO Donaldem Tuskiem, dopuszczał się takich insynuacji i podłości, względem przeciwników politycznych."

 

Komunista musi być wierny - dlatego Cimoszewicz i Borowski wystartują do Senatu z poparciem Platformy

28/07/2011 

PO poprze w wyborach do Senatu polityków lewicy Włodzimierza Cimoszewicza i Marka Borowskiego, udzieli też wsparcia byłemu posłowi PJN Janowi Libickiemu, który jednak do Senatu wystartuje jako kandydat niezależny, a nie z Platformy - informują źródła PAP.

W "Gazecie Wyborczej" zapowiedź tekstu świątecznego Adama Michnika. I mały cytat na zachęte:

Najpierw są słowa. Marzenia o wieszaniu "łajdaków". Potem przychodzi noc długich noży czy noce moskiewskie, gdy rozstrzeliwano ludzi tysiącami.

A na okładce tekst szefa think tanku PO, Jarosława Makowskiego (wcześniej w "Tygodniku Powszechnym" i "Krytyce Politycznej") zatytułowany: " Chrześcijaństwo musi przegrać".

 

Powtórka z 2006 roku - poniżają własną Ojczyznę i sami traktują ją jak kraj drugiej kategorii. (gawnojedy)

2007-12-04
Opublikowane we wtorek katalogi dotyczą premiera, członków obecnego rządu oraz (...) kontakt operacyjny ps. "Carex"....

 

23 Lis 2010 ... Fajna ekipa będzie "doradzać" w sprawie bezpieczeństwa narodowego. TW "Wolski" ,
TW "Alek" , TW "Bolek" , TW "Carex" , TW "Rauf" , TW "Olin" ...

http://wpolityce.pl/view/4181/Komoro…___ma_doradzac_w_sprawie_Rosji_.html

 

 

16 komentarzy

avatar użytkownika Maryla

2. Z ARCHIWUM JERZEGO

Z ARCHIWUM JERZEGO JACHOWICZA-2008
(...)

UKŁAD WIEDEŃSKI

http://www.niniwa2.cba.pl/z_archiwum_jerzego_jachowicza.htm

(....)
Andrzej Kuna i Aleksander Żagiel

Są zrośnięci jak syjamscy bracia. Wszędzie i zawsze we dwójkę. Po trosze jak w wierszu Majakowskiego: "Mówimy Lenin, a w domyśle partia", mówimy Kuna, a w domyśle Żagiel, mówimy Żagiel, a w domyśle Kuna. Pierwszy jednak był Żagiel.

Jego ojciec, Julian, znalazł się w Wiedniu po wydarzeniach marcowych 1968 roku. Przed wyjazdem z Polski sprzedał fermę lisów, co umożliwiło mu otworzenie interesów w stolicy Austrii. Pośredniczył w handlu tekstyliami i wyrobami jubilerskimi. Kilkunastoletni Aleksander pomagał rodzicom w ich małych, ale prężnych firmach. W połowie lat 80. rodzice dali mu gotówkę na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej. Na początek handlował artykułami spożywczymi, ale też pośredniczył w handlu między różnymi firmami polskimi i austriackimi. Od początku związał się ze swoim wspólnikiem Andrzejem Kuną, którego cała rodzina znalazła się w Wiedniu w okresie stanu wojennego (Andrzej ma jeszcze dwóch starszych braci, Pawła i Bartłomieja, którzy weszli na ścieżkę ściśle kryminalną - przemyt papierosów pod egidą "Baraniny"). Kuna i Żagiel handlowali między innymi butami i zegarkami.

Pod koniec lat 80. założyli firmę Polmarck, która jak większość powstających wówczas firm miała w rejestrze uniwersalny zakres działalności.

Dwóch polskich biznesmenów z Wiednia przebywało często w interesach w Warszawie. Zamiast przepłacać w hotelach, wynajęli mieszkanie w "Zatoce Czerwonych Świń". W tym samym apartamentowcu, w którym mieszkał Władimir Ałganow. Podobno po skończeniu swojej kadencji na stanowisku pierwszego sekretarza ambasady zaprosił swoich sąsiadów na pożegnalną kolację.

Wtedy zrodził się pomysł sprowadzenia do Polski zboża z byłych republik radzieckich, a do załatwiania tych kontraktów w Rosji dał się namówić gospodarz. W ten sposób - opowiadał przed komisją orlenowską w sejmie Żagiel - Ałganow został pracownikiem firmy Polmarck. Kuna i Żagiel znali także dobrze Sławomira Wiatra. To on w 1990 roku założył spółkę Mitpol, a udziałowcami w niej zostali wkrótce Kuna i Żagiel. Cała trójka rok później stworzyła w Polsce sieć supermarketów Billa Polska. Kogóż jednak nie znali Kuna i Żagiel? Przede wszystkim Jeremiasza Barańskiego. Ale i innych asów świata gangsterów, jak choćby słynnego Riccarda Fanchiniego, pochodzącego ze Śląska (jego prawdziwe nazwisko: Marian Kozina), uchodzącego za szefa szefów w świecie mafii. Rok temu Fanchini przyjmowany przez bossów podziemia w Europie i Ameryce, między innymi w narkotykowych kartelach południowoamerykańskich, jak ich równorzędny partner, został po latach ścigania po całym świecie złapany przez angielski Scotland Yard. Podobno Kuna i Żagiel szaleli na przyjęciu weselnym Fanchiniego we Włoszech. Pytani przez dziennikarzy o zabawę na weselu odpowiadali z uśmiechem - było tam jeszcze ponad czterysta innych osób, więc nasza obecność nie ma chyba większego znaczenia. W połowie lat 90. Kuna dokonał popularnego wtedy przekrętu. Kupił okrętową blachę w Hucie Częstochowa, z przeznaczeniem na eksport do Jugosławii, dzięki czemu uzyskał ogromny upust w cenie za towar. Po sfałszowaniu papierów eksportowych przewiózł blachę do Stoczni Szczecińskiej, gdzie sprzedał ją z dużym zyskiem. Dostał za to dwa lata więzienia w zawieszeniu na trzy. Nie przeszkadzało to w regularnym umieszczaniu Kuny i Żagla w latach 1993-1995 na listach stu najbogatszych Polaków. Ich nazwiska były też w tajnym notesie "Baraniny", choć obydwaj wypierali się znajomości z nim. Obok nich figuruje Lesław Horbacz, pseudonim "Siwy", przedsiębiorca ze Szczecina, były przemytnik alkoholu i papierosów. Kuna i Żagiel nie wyparli się jednak znajomości z Edwardem Mazurem, słynnym amerykańskim biznesmenem polskiego pochodzenia, oskarżanym o zlecenie zabójstwa generała Marka Papały. Nie ukrywali, że na prośbę Mazura założyli firmę Bicarco po to, by mogła przyjąć jako depozyt pieniądze z FOZZ.

Do tej pory nie opatentowali jeszcze swojego wynalazku. Sprowadza się on do tego, żeby mieć tyle firm i prowadzić tak szeroką działalność, aby żadna kontrola nie była w stanie się w tym połapać. No i daje to gwarancję, że jak w jednej branży zrobi się plajtę, to druga może w tym czasie odnotować hossę. Wszystkich ich firm i udziałów nie wyliczę.

Podam tylko najważniejsze: supermarkety Billa, spółka Mitpol, firma Lexar - produkująca kawę, Rema 2000 - napoje chłodzące, Mabur - supermarkety techniczne, Auskon - branża budowlana. Ta ostatnia miała zapewne powodzenie przed Mistrzostwami Europy w Piłce Nożnej 2008 w Austrii i Szwajcarii. Czy możliwe, by miała zostać bez zajęcia przed Euro 2012 w Polsce?

Ałganow

Wcale bym się nie zdziwił, gdyby Władimir Ałganow, najbardziej znany w Polsce rosyjski szpieg, po przejściu na prawdziwą emeryturę poprosił o przyznanie mu honorowego obywatelstwa polskiego. Piszę "prawdziwą", bo formalnie jest na emeryturze od 1994 roku, ale nie zaprzestał swojej zawodowej działalności. A dlaczego obywatelstwo? Bo jak rzadko który szpieg na papierach dyplomaty Władimir Piotrowicz Ałganow zadomowił się w naszym kraju. Myślę, że odpowiada mu nie tylko klimat przyrodniczy, ale przede wszystkim polityczny. No i ludzie. Weźmy pierwszych z brzegu: Józef Oleksy, Aleksander Kwaśniewski, Sławomir Wiatr, Andrzej Kuna i Aleksander Żagiel, a ostatnio Jan Kulczyk.

Ten pięćdziesięciosześcioletni dziś leningradczyk był jednym z najdłużej trwających na swoim stanowisku pierwszego sekretarza Ambasady Rosyjskiej w Warszawie dyplomatów. Jako syn oficera armii radzieckiej stacjonującego w latach 50. w NRD, poszedł w ślady ojca. Skończył radziecką szkołę wywiadu, w której mistrzem dla niego był późniejszy zwierzchnik w ambasadzie warszawskiej w latach 1973-1984, rezydent KGB Witalij Pawłów. Po raz pierwszy jego nazwisko w polskich mediach pojawiło się w przedruku raportu oficera rosyjskiego wywiadu relacjonującego sprawę tak zwanej moskiewskiej pożyczki. W raporcie tym, który dotarł do prokuratury polskiej, opisano sytuację, w której pierwszą (600 tysięcy dolarów) i najprawdopodobniej ostatnią ratę tej pożyczki (1 milion 200 tysięcy dolarów) oficerom radzieckim zwrócono w konspiracyjnym mieszkaniu w tak zwanej Zatoce Czerwonych Świń na warszawskim Wilanowie. Pieniądze mieli przekazać w walizce Mieczysław Rakowski i Leszek Miller (ten ostatni zaprzecza). Owo konspiracyjne mieszkanie było własnością niejakiego Władimira Ałganowa. W tamtym czasie (lata 1992-1995), kiedy wybuchła afera moskiewskich pieniędzy, nikt na to nazwisko nie zwrócił uwagi. O jego działaniach wywiadowczych niezłą wiedzę miał kontrwywiad Urzędu Ochrony Państwa. Śledząc jego kontakty, podsłuchując jego rozmowy telefoniczne, nasz kontrwywiad odkrył, że Ałganow, przypomnę: wtedy już oficjalny emeryt, nadal prowadzi działalność szpiegowską. Wynajęcie przez niego mieszkania w "Zatoce Czerwonych Świń", gdzie apartamenty miała też cała śmietanka polskich postkomunistów, nie było przypadkowe. W ramach dobrosąsiedzkich wizyt mógł kontaktować się z politykami ówczesnej SdRP, a nawet "biesiadować" z Józefem Oleksym. Działalność szpiegowską ułatwiało mu zatrudnienie w austriackiej firmie Polmarck, która była dla niego tylko przykrywką. Co ciekawe, głównymi udziałowcami firmy są inni bohaterowie należący do tak zwanego układu wiedeńskiego - Andrzej Kuna i Aleksander Żagiel. Ałganow miał też świetne kontakty z reprezentującym interesy lewicy w Wiedniu Sławomirem Wiatrem. Kuna i Żagiel byli wspólnikami Wiatra w firmie Mitpol oraz w spółkach Press Service i Saga (specjalność: herbata).

Nazwisko Alganowa stało się powszechnie znane dopiero na przełomie lat 1995-1996, kiedy opinią publiczną wstrząsnęła tak zwana sprawa "Olina". W grudniu 1995 roku ówczesny szef MSW Andrzej Milczanowski oskarżył Oleksego o to, że jest szpiegiem na rzecz wywiadu rosyjskiego, a jego oficerem prowadzącym jest właśnie Władimir Ałganow. Jednakże w kwietniu 1996 roku prokuratura wojskowa umorzyła śledztwo. Uznała, że Oleksy jest niewinny, a agent "Olin" nigdy nie istniał. Rok później przypomniano sobie o Ałganowie za sprawą opisanej w dzienniku "Życie" historii wspólnych wakacji Aleksandra Kwaśniewskiego i Ałganowa w nadmorskim kurorcie Cetniewo w 1994 roku. Aleksander Kwaśniewski wszystkiemu zaprzeczył i pozwał nawet gazetę do sądu, z którą po wielu latach procesowania się ostatecznie wygrał. Wcześniej jednak "Życie" opublikowało zdjęcie z partyjnego spotkania w Skierniewicach, na którym wśród kilku innych osób widoczni byli Ałganow i Kwaśniewski. Była to fotka z obchodów 1 maja 1987 roku. Kwaśniewski był wówczas ministrem sportu i wraz z Ałganowem odwiedzili Towarzystwo Przyjaciół Skierniewic. Przypomnę tylko, że gospodarzem partyjnym wizyty w Skierniewicach był Leszek Miller, wschodząca wówczas gwiazda dogorywającego już komunizmu.

Po tych dwóch niefortunnych oskarżeniach, w których Ałganow miał odegrać główną rolę czarnej owcy ("Olin" i Cetniewo), w niedobrym tonie było przypominanie przez media nazwiska Ałganowa. Z niebezpiecznego szpiega zagrażającego Polsce stał się osobą dwuznaczną, ale nie wypadało już straszyć nim dzieci.

I oto po latach nieobecności Ałganow znalazł się absolutnie niespodziewanie na czołówkach wszystkich mediów. Stało się to w lipcu 2003 roku. W tym miesiącu, dokładnie 18, odbyło się słynne wiedeńskie spotkanie

Kulczyk-Ałganow w restauracji Niky's, przy Obere Weissgeberstrasse 6. Jan Kulczyk, jeden z najbogatszych Polaków, miał wtedy mniejszościowe udziały w PKN Orlen. Ale marzyło mu się też rozwinięcie skrzydeł w energetyce. Chciał się zorientować, jakie są szanse korzystania z zasobów energetycznych Rosji, które następnie dystrybuowałby na Bałkany tranzytem przez Polskę. Ałganow przyjechał do Wiednia jako członek rady nadzorczej rosyjskiego Zjednoczenia Elektrowni Atomowych i miał, jak twierdził, uprawnienia do występowania w imieniu tej spółki. Pomysłodawcą spotkania był Marek Modecki, będący w rydwanie Kulczyka. Znał się z Żaglem jeszcze w czasach dzieciństwa. I ten ostatni rok wcześniej poparł pomysł i pomagał przy jego sfinalizowaniu. W końcu więc "biesiadowali" we czwórkę. Żagiel był ze swoim stałym partnerem.

Słynny "obiad wiedeński" zaowocował dwiema aferami. Za pierwszą uznano sam fakt spotkania Kulczyka z Ałganowem. Kwestionowano uprawnienia Kulczyka do kontaktów z Ałganowem i prowadzenia z nim jakichkolwiek rozmów z uwagi na charakter jego niedawnej działalności w Polsce.

Przypomnę tylko, że po wybuchu sprawy "Olina" Ałganow czmychnął z Polski - via słynna Majorka, na której nasz reprezentacyjny szpieg Marian Zacharski, dziś generał na obczyźnie, próbował wydobyć z Ałganowa prawdę o "Olinie" - i więcej się tu już nigdy nie pokazał. Nawet bez oficjalnego nakazu wyjazdu z Polski zdawał sobie bowiem sprawę, że jest w naszym kraju osobą niepożądaną.

Dlaczego więc - zadawano Kulczykowi publicznie pytania - "nie wziął pan płaszcza z szatni" i nie opuścił lokalu (w tym akurat wypadku luksusowej restauracji), kiedy dowiedział się, kto jest jego rozmówcą? A tak naprawdę nie powinien był się nawet zjawić na spotkaniu, bo jego organizatorzy, Andrzej Kuna i Aleksander Żagiel, musieli wcześniej powiedzieć Kulczykowi, z kim będzie prowadził wiedeńskie rozmowy. Niemożliwe było, aby Jan Kulczyk, obracający się na co dzień w świecie biznesu i polityki, nazwiska tego nie znal.

Drugą aferą związaną z tym spotkaniem były wiadomości, jakie przywiózł Kulczyk z Wiednia. A dotyczyły one korupcji na wielką skalę. Otóż Ałganow miał opowiedzieć Kulczykowi, że były minister skarbu Wiesław Kaczmarek i szef Rady Nadzorczej Orlenu Maciej Gierej wzięli 5 milionów dolarów łapówki od rosyjskiego koncernu Łukoil. Łapówka ta miała zagwarantować rosyjskiej firmie wygranie przetargu na przejęcie Rafinerii Gdańskiej. Kaczmarek i Gierej byli oburzeni informacjami Kulczyka. On jednak powiadomił o łapówce ABW Ta próbowała sprawdzić te informacje, ale nie udało jej się nic ustalić. Do dziś więc nie wiadomo, czy rzeczywiście Ałganow opowiadał Kulczykowi o łapówce, czy to może sam Kulczyk tak zinterpretował słowa Ałganowa, aby uderzyć w nielubianego przez siebie Wiesława Kaczmarka. Jakkolwiek by było, Ałganow kolejny raz stał się kamieniem u szyi polskich polityków.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

- konto bankowe

avatar użytkownika Maryla

4. czerwone atakuje :)

Inwigilowanie polityków lewicy. SLD chce informacji od Tuska

SLD chce, by premier Donald Tusk i prokurator generalny Andrzej
Seremet przedstawili posłom informację na temat "inwigilowania polityków
lewicy"

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

- konto bankowe

avatar użytkownika Maryla

5. Nie było "sieci" na polityków


Nie było "sieci" na polityków lewicy


Zbigniew Ziobro zaprzecza, że w czasach
gdy był ministrem sprawiedliwości, powstała grupa
policyjno-prokuratorska zarzucająca sieć na działaczy lewicy. Taka teza
pojawiła się w artykule Wojciecha Czuchnowskiego w "Gazecie Wyborczej".

Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości i prokurator generalny w latach 2005-2007:

Nie, nie było. Myślę, że ten artykuł, to po prostu nerwowa reakcja na spadek poparcia dla Platformy Obywatelskiej.

Fakty są takie, że gdy byłem prokuratorem generalnym w materiałach śledztwa w sprawie Marka Dochnala były jakieś zeznania obciążające panią prezydentową Jolantą Kwaśniewską i o ile się nie mylę, także inne osoby związane z jej fundacją.

W każdym państwie prawa takie zarzuty są weryfikowane. Nie ma
świętych krów, które uważa się, że są bez grzechu i ponad prawem, więc
po prostu aparat państwa sprawdza jaka jest prawda.

To normalne, że powstaje grupa skupiająca osoby dobierane pod kątem
posiadanych kompetencji, np. prokuratorów znających się na finansach.
Tacy ludzie prowadzą razem śledztwo, i to jest zupełnie naturalne.

Być może pan Czuchnowski przywykł do państwa, w których prowadzi się
śledztwa tylko wobec niektórych, a inni wiedzą, że mogą mieć państwo
polskie w głębokim poważaniu. Za moich czasów tak nie było. Teraz
wróciło stare i pewnie red. Czuchnowski jest z tego zadowolony.

Czy będzie pan reagował na zarzuty „GW”, czy zostawi pan to w spokoju?

Przyjrzę się temu artykułowi. Teraz mogę powtórzyć z naciskiem, że
nie było żadnych nieprawidłowości. Red. Czuchnowski chciałby, aby były
ikony w polskiej polityce, których nie można tknąć.

Innym zarzutem „GW” potwierdzającym „naciąganie sprawy” dla
osiągnięcia efektów propagandowych i politycznych jest fakt, że całe
śledztwo zakończyło się aktem oskarżenia dla jednej osoby – Andrzeja
Kratiuka, prezesa fundacji Jolanty Kwaśniewskiej „Porozumienie bez
Barier”

Już samo to przecież świadczy, że śledztwo było uzasadnione, skoro
prokuratorzy zdecydowali się skierować do sądu akt oskarżenia.

Nie wykluczam jednak, że później te sprawy były „skręcane” i byłoby
tych oskarżonych więcej, tylko że tak się nie dzieje. Znam sporo takich
spraw prowadzonych za moich czasów, które po przejęciu władzy przez PO
zostały w ordynarny sposób umorzone.

Rozmawiał: Sławomir Sieradzki

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

- konto bankowe

avatar użytkownika Maryla

6. Władysław Jamroży, i siedmiu

Władysław Jamroży, i siedmiu innych oskarżonych, zostało uniewinnionych
Sąd Rejonowy w Warszawie po 10 latach procesu uniewinnił Władysława Jamrożego, który był prezesem PZU w czasach AWS.

Tego procesu w ogóle nie powinno być - wynika z ustnego uzasadnienia wyroku uniewinniającego pięciu byłych członków zarządu PZU
S.A. oraz dwóch braci kierujących córką-spółką PZU Development. - Ta
sprawa powinna budzić refleksje i w prokuraturze, i w całym wymiarze
sprawiedliwości. Oskarżeni musieli przez 10 lat żyć z piętnem zarzutów -
mówił sędzia Piotr Maksymowicz.

Proces ciągnął się od 2004 roku (akt oskarżenia z 2003) i dotyczył zakupu w latach 1998-1999 nieruchomości
w wielu polskich miastach pod projektowane przez PZU Centra Likwidacji
Szkód. Według prokuratury członkowie zarządu PZU kupili działki w tych
miastach nie weryfikując ich zawyżonych wycen ze stratą wynoszącą prawie
11 mln zł.

Tymczasem
zdaniem sądu analiza "obowiązków członków zarządu i zmian
organizacyjnych w spółce" w tych latach wskazuje, że ciężar weryfikacji
wycen spoczywał wyłącznie na PZU Development. Co więcej, sędzia
Maksymowicz porównywał wyceny biegłych pracujących dla prokuratury, a
potem innych biegłych, pracujących dla sądu. Wynikało z nich, że w
niektórych przypadkach, np. we Wrocławiu, nieruchomości kupione zostały poniżej ich rzeczywistej wartości rynkowej.

Na koniec prokurator sam złożył wniosek o uniewinnienie oskarżonych


Była to druga z głośnych spraw byłego prezesa PZU Władysława
Jamrożego, która kończy się totalną klęską prokuratury. Jamroży po
odejściu z PZU był jeszcze prezesem Totalizatora Sportowego. Oskarżono
go o narażenie tej spółki na stratę dziesiątków milionów złotych.
Prokuratura umorzyła ją już w 2008 r. Sąd uznał, że słusznie. Jamroży
mówił wtedy Gazecie: - Sprawiedliwość jest nierychliwa, ale jest.


Dziś nam to powtórzył. I dodał: - Nie toczy się przeciwko mnie
już żadna sprawa ani w sądzie, ani w prokuraturze. Fikcją okazały się
zarzuty sprzed lat o jakichś moich tajnych kontach.

W
zakończonej dziś sprawie Jamroży 27 miesięcy przesiedział w areszcie.
Wkrótce będzie mógł wystąpić o odszkodowanie. Mimo krzywd, jakich doznał
ze strony prokuratury, świetnie sobie radził jako biznesmen. Najpierw
zarobił na sprzedaży założonej przez siebie po wyjściu z aresztu
porównywarki cenowej Ceneo, potem sprzedał kolejny portal Ipolisa.pl,
gdzie można było porównywać ceny ubezpieczeń. Dziś, co brzmi
paradoksalnie w kontekście zakończonego procesu, działa na rynku
nieruchomości.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

- konto bankowe

avatar użytkownika Maryla

7. spotkania Putina z członkami Klubu Wałdajskiego

Józef
Oleksy dopytuje Putina o wejście Rosji do UE. Ten określa to jako
"nierealistyczne" i życzy powodzenia UE w wyjściu z kryzysu

Putin mówił o tym w czwartek podczas spotkania z członkami Klubu
Wałdajskiego, których przyjął w swojej rezydencji w Nowo-Ogariowie koło
Moskwy.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

- konto bankowe

avatar użytkownika Maryla

8. hucpa trwa

Posłowie badają sprawę specgrupy sprawdzającej ludzi lewicy


Policyjny zespół miał sprawdzać powiązania i majątki ok. tysiąca osób, głównie ludzi z SLD.

Sejmowa komisja sprawiedliwości rozpoczęła dziś i - nie
uzyskawszy pełnych wyjaśnień - odłożyła na miesiąc badanie sprawy
policyjnej specgrupy, która od 2006 r. z katowicką prokuraturą miała
sprawdzać powiązania i majątki ok. tysiąca osób, głównie ludzi lewicy.

Sprawą zajęto się po publikacji w październiku w Gazecie Wyborczej tekstu Dziurawa sieć IV RP na polityków lewicy. Jak w nim napisano, w trakcie toczącego się przed sądem we Wrocławiu procesu szefa fundacji Jolanty Kwaśniewskiej Porozumienie bez barier
Andrzeja Kratiuka i innych oskarżonych o nieprawidłowości finansowe
wyszło na jaw, że katowicka prokuratura badała konta, majątki i
przepływy finansowe około tysiąca znanych i wysoko postawionych osób
kojarzonych m.in. z lewicą.

Według gazety specgrupa na polecenie katowickiego prokuratora Jacka
Więckowskiego przejrzała 250 prywatnych rachunków bankowych, sprawdzono
prawie 1000 osób. Efektem tych działań - podała Gazeta - jest jeden proces, w którym oskarżony jest m.in. Kratiuk.



Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

- konto bankowe

avatar użytkownika gość z drogi

9. no cóż,sprawność przeróżnych kancelarii prawnych

może "zniechęciła " co niektórych....;)
a szczególnie prawnicy z kancelarii typu KNS

gość z drogi

avatar użytkownika Maryla

10. cynglu Czuchnowski, ujawnij swoje źródła !

Sejmowa awantura o "sieć IV RP na lewicę"-Wojciech Czuchnowski
http://wyborcza.pl/1,75478,12814406,Sejmowa_awantura_o__siec_IV_RP_na_le...

Tłumaczyła się z niej w srodę szefowa katowickiej prokuratury apelacyjnej przed sejmową komisją sprawiedliwości. Zapewniała, że nic nie wie o liście tysiąca osób, głównie związanych z lewicą, na które w czasach rządów PiS zarzucono policyjną sieć. Ale jest dokument z jej podpisem.
Ze starcia z posłami prokurator Iwona Palka wyszła poturbowana. - Lista jest dokumentem mi nieznanym, nic mi o niej nie wiadomo - powtarzała.

Jednak mocno się zmieszała, gdy obecny na posiedzeniu Andrzej Kratiuk (prezes fundacji Jolanty Kwaśniewskiej) pokazał kserokopię zarządzenia prokuratury z jej własnym podpisem. Na mocy tego pisma - tajnego wcześniej - lista znalazła się aktach sądowych. - Jestem kompletnie zaskoczona. Nie przypominam sobie tego faktu, ale jeżeli jest tam mój podpis, to prawdopodobnie tak było - odpowiadała prokurator Palka.

- Nie uwierzę, że lista, na której jest trzech byłych premierów i kilku ministrów, nikogo nie interesowała - komentowała Krystyna Łybacka (SLD) - Czy pani w ogóle nad czymś panuje w prokuraturze? - pytała Anna Grodzka (Ruch Palikota).

Powodem zwołania komisji był artykuł "Gazety" sprzed kilku tygodni. W tekście "Dziurawa sieć IV RP na polityków lewicy" opisaliśmy proces, który toczy się we Wrocławiu. Oskarżycielem jest Jacek Więckowski z katowickiej apelacji. Kratiukowi i siedmiorgu innym osobom zarzuca, że zawyżyli o 30 mln zł transakcję sprzedaży dwóch firm zajmujących się ubezpieczeniami. W 2004 r. kupił je hiszpański Bank Santander. Ma je do dzisiaj. Nie chciał w śledztwie wystąpić jako pokrzywdzony.

Już w czasie pierwszych rozpraw wyszło na jaw kilka faktów budzących wątpliwości co do bezstronności prokuratury. Jednym z nich była odtajniona informacja o powołaniu w 2006 r. specjalnej grupy funkcjonariuszy CBŚ mającej wspierać katowicką prokuraturę. Było w niej 17 policjantów - od przestępczości gospodarczej, zorganizowanej a nawet narkotykowej. Cel: "ujawnienie przestępstw popełnianych przez osoby pełniące funkcje publiczne".

To sformułowanie było kluczem do rozpoczęcia działań sprawdzających wobec ok. tysiąca osób. Na pierwszych miejscach listy znalazły się zarządy dwóch fundacji - Onkologii Doświadczalnej i Klinicznej (zasiadała tam Maria Oleksy, żona b. premiera) oraz Porozumienia bez Barier Kwaśniewskiej.

Grupa przeanalizowała powiązania i majątki polityków: Józefa Oleksego, Jolanty Kwaśniewskiej, Włodzimierza Cimoszewicza, Wiesława Kaczmarka, Marka Belki.

Szef komisji sprawiedliwości Ryszard Kalisz (SLD) wymieniał wczoraj te nazwiska i pytał, dlaczego większość to ludzie związani z lewicą. A Jerzy Kozdroń (PO) określił listę jako "sieć zarzuconą na polityków". - Jak to możliwe, że prokurator apelacyjny nie wie, iż wobec tysiąca osób uchyla się tajemnicę bankową, podsłuchuje się? Czy prokuratora prowadzącego tę sprawę zupełnie nikt nie nadzorował? - pytał.

Działań z czasów rządów PiS bronili posłowie tej partii. Były szef CBA Mariusz Kamiński mówił, że "łatwo wzbudzać tanią sensację" i "nikt nie jest świętą krową". A Iwona Arent krzyczała: - Chcieli wyłapać złodziei!

Zdenerwowana prok. Palka zapewniała, że działania prokuratury i policji nie miały charakteru politycznego, a nikt z wymienionych polityków nie był inwigilowany. Ale ponieważ nie była w stanie odpowiedzieć na pytania o listę, dalszy ciąg wyjaśnień złoży za miesiąc.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

- konto bankowe

avatar użytkownika Maryla

11. za PAP

Katowicka prokuratura zaprzecza zarzutom, że miała prześwietlać polityków lewicy. Ich nazwiska znalazły się na "liście 1000", stworzonej w ramach jednego ze śledztw, bo osoby te zasiadały w organach tych samych podmiotów, co osoby objęte postępowaniem – zapewnia.

Komunikat w tej sprawie Prokuratura Apelacyjna w Katowicach zamieściła w piątek na swej stronie internetowej. Przedstawia on efekty przeprowadzonej w ostatnich tygodniach analizy śledztw.

Przeprowadzono ją po zarzutach, które pojawiły się w październikowej publikacji w "Gazecie Wyborczej". W artykule pt. "Dziurawa sieć IV RP na polityków lewicy" napisano, że w trakcie toczącego się przed sądem we Wrocławiu procesu szefa fundacji Jolanty Kwaśniewskiej "Porozumienie bez barier" Andrzeja Kratiuka i innych oskarżonych o nieprawidłowości finansowe wyszło na jaw, że katowicka prokuratura badała konta, majątki i przepływy finansowe około tysiąca znanych i wysoko postawionych osób kojarzonych m.in. z lewicą. Według gazety specgrupa na polecenie katowickiego prokuratora Jacka Więckowskiego przejrzała 250 prywatnych rachunków bankowych, sprawdzono prawie 1000 osób.

Jak napisał w piątkowym komunikacie rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach Leszek Goławski, śledztwo w sprawie podejrzenia prania brudnych pieniędzy przez Andrzeja K. zostało wszczęte po doniesieniu Generalnego Inspektora Informacji Finansowej z lutego 2005. r. Postępowanie, kilka miesięcy później umorzone przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie, podjęła na nowo katowicka prokuratura - w sierpniu 2006 r.

Powodem podjęcia śledztwa było – jak podał rzecznik – "ustalenie związków podmiotowych" z innym prowadzonym wówczas śledztwem, w ramach którego już wcześniej, w maju 2006 r., komendant główny powołał grupę operacyjno-śledczą. Miała ona badać m.in. przestępstwa związane z procesem prywatyzacji państwowych spółek.

Podjęte na nowo śledztwo początkowo prowadził katowicki wydział CBŚ zwalczający zorganizowaną przestępczość ekonomiczną, później do sprawy włączono też grupę powołaną przez szefa policji. W grudniu 2007 r. - napisał rzecznik prokuratury – katowicki zarząd CBŚ sporządził analizę, której celem było ustalenie powiązań personalnych i kapitałowych pomiędzy osobami fizycznymi i prawnymi, których dotyczyło zawiadomienie o przestępstwie.

Analizę sporządzono w oparciu o odpisy z Krajowego Rejestru Sądowego, a jej integralną częścią było zestawienie nazwisk, wpisanych do KRS jako osoby reprezentujące 107 podmiotów gospodarczych lub będących ich właścicielami. "Lista 1000" stanowi jedynie załącznik do analizy z grudnia 2007 r. i jest tylko częścią tego dokumentu – wskazał prok. Goławski.

"Osoby nie związane ze śledztwem zostały na niej umieszczone jedynie z tego względu, że zasiadały w organach tych samych podmiotów, co osoby objęte zakresem postępowania przygotowawczego. Celem wymienionej analizy było stworzenie warunków do miarodajnego przesłuchania w charakterze świadków osób, w tym niektórych udziałowców, akcjonariuszy i członków władz podmiotów gospodarczych" - napisał rzecznik.

Podkreślił, że wobec osób z "listy 1000" prokuratura nie występowała do sądu o zgodę na ujawnienie tajemnicy bankowej lub o zarządzenie kontroli lub rejestrację rozmów telefonicznych.

- W związku z tym nie jest prawdziwa informacja zawarta w artykule "Dziurawa sieć IV RP na polityków lewicy", że w postępowaniu sprawdzano "setki", a nawet "tysiące" osób i sprawdzano ich prywatne rachunki bankowe - oświadczył prok. Goławski.

Zaprzeczył też, że w sprawie analizowano majątki polityków lewicy – Józefa Oleksego, Aleksandra Kwaśniewskiego, Włodzimierza Cimoszewicza, Wiesława Kaczmarka i Marka Belki. Takie nazwiska pojawiły się w postępowaniu, bo osoby te pełniły funkcje w tych samych podmiotach, co osoby objęte tym postępowaniem – podał.

Prok. Goławski zapewnił też, że zarówno przeprowadzona przez CBŚ analiza, jak i stanowiąca jej załącznik "lista 1000" nigdy nie była tajna i nie była ukrywana przed Andrzejem K. Dokumenty te były załączone do dwóch aktów oskarżenia, którymi objęto Andrzeja K. - z grudnia 2010 i z marca 2011 r. i oskarżony mógł się z nimi zapoznać.

- Nieprawdziwe jest więc stwierdzenie Andrzeja K., że dokumenty te zostały dołączone do akt dopiero na wyraźne żądanie sądu - oświadczył rzecznik.

Po publikacji w "GW" sprawą zajęła się też sejmowa komisja sprawiedliwości. Na początku listopada podczas posiedzenia komisji szefowa Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach Iwona Palka oświadczyła, że nie wie nic o "liście 1000".

Odnosząc się do posiedzenia komisji rzecznik prokuratury napisał, że w następstwie doniesień "Gazety" poseł Ryszard Kalisz został wprowadzony w błąd co do charakteru i pochodzenia "listy 1000". Posłowi nie przekazano też całej analizy.

Goławski poinformował, że prok. Palka skierowała już odpowiedź na pytania członków komisji. Podtrzymała w niej swe stanowisko, że lista, której kopię otrzymała dopiero na posiedzeniu komisji wcześniej nie była jej znana.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

- konto bankowe

avatar użytkownika Maryla

12. Jeżeli to prawda, to amatorstwo prokuratury jest zadziwiające.

Biznesmeni i menedżerowie z tzw. listy 1000, stworzonej przez zespół prokuratorsko- policyjny, nie kryją oburzenia – na jakiej podstawie i w jakim celu państwowe służby zbierały o nich informacje.

Jeden z najbogatszych Polaków, czyli Aleksander Gudzowaty (na liście jest też jego syn Tomasz, fotografik), podkreśla kruchość motywacji śledczych.

— Jeżeli to prawda, to amatorstwo prokuratury jest zadziwiające. Tę listę musieli przygotować ludzie bez wyobraźni. Przecież do podjęcia takich działań muszą być jakieś powody. Łamiąc wszelkie reguły, nie można stworzyć dobrego klimatu dla biznesu — mówi właściciel Bartimpeksu.

Tygodnik „Przegląd” opublikował listę 1000 nazwisk, które specjalny zespół prokuratorsko-policyjny objął działaniami sprawdzającymi m.in. przy okazji badania nieprawidłowości przy prywatyzacjach. Lista powstała w 2006 r. w toku prac tajnej grupy powołanej przez Marka Bieńkowskiego, ówczesnego komendanta głównego policji, na potrzeby Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach. „Przegląd” skupił się na politycznym aspekcie sprawy.

Tymczasem nazwiska na liście to czołówka polskiego biznesu — szefowie dużych przedsiębiorstw, bankowcy, menedżerowie znani szerokiej publiczności.

— Istnienie takiej listy jest skandaliczne w państwie demokratycznym. Jaka jest podstawa prawna, obiektywny cel, dla którego uruchomiono tajne działania? Mam nadzieję, że komisja sejmowa sprawę wyjaśni, rozsupła ten aspekt polskiego folkloru politycznego — uważa Raimondo Eggink, konsultant i zawodowy członek rad nadzorczych (w 2006 r. zasiadał m.in. w radzie Orlenu), któremu na liście towarzyszy reszta kolegów z rady Orlenu i kilku byłych prezesów koncernu w osobach Zbigniewa Wróbla, Igora Chalupca czy Jacka Walczykowskiego.

Więcej w środowym "Pulsie Biznesu" oraz archiwum PB>>

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

- konto bankowe

avatar użytkownika Maryla

13. kto przejmie taśmy Gudzowatego?

Zmarł jeden z najbogatszych Polaków

Nie żyje Aleksander Gudzowaty, jeden z najbogatszych Polaków. Miał 74 lata. »

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

- konto bankowe

avatar użytkownika Maryla

14. Aleksander Gudzowaty:

Aleksander Gudzowaty: niedokończone transakcje miliardera

Po śmierci Aleksandra Gudzowatego nierozwiązana zostaje sprawa wykupu
jego udziałów w EuRoPol Gazie, które chcą przejąć PGNiG i Gazprom.»

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

- konto bankowe

avatar użytkownika Maryla

15. Aleksander Gudzowaty spoczął

Aleksander Gudzowaty spoczął w sobotę na cmentarzu prawosławnym w Warszawie. Na pogrzeb przybyli politycy i inne znane postacie.
Na ostatnie pożegnanie Aleksandra Gudzowatego przybyli m.in. były premier, lider Sojuszu Lewicy Demokratycznej Leszek Miller, a także były szef Urzędu Ochrony Państwa Gromosław Czempiński.

http://wiadomosci.onet.pl/regionalne/warszawa/trumne-z-gudzowatym-niesli...

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

- konto bankowe

avatar użytkownika Maryla

16. Nie było korupcji, nie ma


Nie było korupcji, nie ma sprawy Marka Ungiera

Nie było korupcyjnej propozycji ani zagrożenia życia Aleksandra
Gudzowatego - orzekł ostatecznie sąd, uniewinniając przyjaciela
biznesmena i b. szefa kancelarii Aleksandra Kwaśniewskiego.

"Aleksander Gudzowaty w sensie subiektywnym mógł mieć poczucie
zagrożenia. W oczywisty sposób wiązało się to z kierunkiem prowadzonych
przez niego interesów, jednak z zeznań świadków nie wynika, by zostało
potwierdzone realne zagrożenie dla jego życia i zdrowia"- takim
stwierdzeniem skończył się proces Marka Ungiera, b. szefa Kancelarii
Prezydenta i Lecha Jaworowicza, przyjaciela Gudzowatego.

W poniedziałek, dwa tygodnie po śmierci biznesmena, Sąd Okręgowy w Warszawie odrzucił apelację prokuratury i potwierdził wyrok uniewinniający obu oskarżonych.

Sprawa należała do najbardziej kuriozalnych procesów
politycznych, jakie toczyły się w ostatnich latach. Dotyczyła wydarzeń,
które miały rozegrać się wiosną 2003 r. na imieninach u Jaworowicza.
Gudzowaty razem z żoną i współpracownikami był tam gościem. Dwa lata
później zgłosił do ABW,
że Jaworowicz sugerował mu, że jeśli chce, by skończyły się jego
kłopoty z władzami, musi dać "1 do 3 mln dolarów łapówki" synowi
premiera Leszka Millera, który w imieniu ojca ma "załatwiać takie
sprawy".

List Gudzowatego trafił do ABW, która zrobiła z niego zawiadomienie o przestępstwie i skierowała do prokuratury.


Jaworowicz, b. kierowca rajdowy, a latach 90. jeden z
najbogatszych ludzi w Polsce, o sprawie dowiedział się jeszcze później,
bo w 2006 r., gdy śledztwo zaczął opisywać nieistniejący już "Dziennik".


Dochodzenie zakończyło się po czterech latach. W akcie
oskarżenia prokurator Andrzej Michalski połączył dwie osoby Jaworowicza i
Ungiera. Skąd Ungier? Otóż gdy był on ministrem, miał zniszczyć list
Gudzowatego do prezydenta ze skargami na prześladowania ze strony służb
specjalnych. Jaworowicz był więc oskarżony o "powoływanie się na wpływy w
zamian za udzielenie korzyści majątkowej". Ungier - o "usunięcie
dokumentu".

W trakcie trwania procesu przed sądem stanęło 35 świadków. Wśród nich prezydent Aleksander Kwaśniewski,
b. premier Leszek Miller z synem, b. premier Józef Oleksy, b. szefowie
wszystkich służb specjalnych, uczestnicy przyjęcia, dziennikarze i -
wielokrotnie- sam Aleksander Gudzowaty. Biznesmen sprawiał kłopot
prokuraturze, bo nie był zadowolony z tego, jaki kształt przyjął akt
oskarżenia. Uważał, że Ungier i Jaworowicz nie powinni być sądzeni, bo
"byli tylko ręką, a nie mózgiem" operacji przeciwko niemu. On i jego
podwładni zmieniali zeznania w sprawie wydarzeń na przyjęciu i listu,
który miał zniszczyć Ungier. W pewnym momencie okazało się, że list miał
kilka wersji, w tym jedną złożoną u notariusza.

Sąd
stwierdził, że głównym dowodem w sprawie są zeznania Gudzowatego i jego
współpracownika Jana Bisztygi. Wszyscy inni dowiedzieli się o rzekomej
korupcji po kilku latach. Zaś zeznania biznesmena i Bisztygi są
sprzeczne, a innych dowodów brak.

W trakcie procesu
wyszło, że pracownicy Gudzowatego sporządzali na jego polecenie notatki,
które potem dostarczono prokuraturze. Nie uznano tego za mocny materiał
dowodowy. W jednym wypadku data na notatce była wcześniejsza niż
zdarzenie, którego dotyczyła.

Wyrok w pierwszej instancji
zapadł 14 marca 2012 r. Aleksander Gudzowaty miał w sprawie status
pokrzywdzonego, ale nie chciał być oskarżycielem posiłkowym. Sąd
stwierdził, że "mówiąc o zagrożeniu swojego życia, podawał bardzo ogólne
informacje, a dopytywany nie potrafił wskazać źródła tego zagrożenia". W
wyroku czytamy też, że " Materiał dowodowy nie wykazał, by jakikolwiek
wątek dotyczący zagrożenia bezpieczeństwa został potwierdzony".


Dla oskarżonych najważniejsze jednak było, że sąd uznał, iż są
niewinni. I od tego wyroku prokurator się odwołał. W poniedziałek po raz
kolejny usłyszeli: "niewinny". W ostatnich słowach Jaworowicz
przypomniał, że do momentu gdy dowiedział się o oskarżeniach, myślał, że
przyjaźni się z Aleksandrem Gudzowatym. Ze względu na niedawną śmierć
biznesmena ani on, ani Ungier nie chcieli oceniać jego działań. Ungier
skupił się na prokuratorze Michalskim, który jego zdaniem powinien
ponieść "osobistą odpowiedzialność za sprawę". - Nie ma korupcji i
niszczenia dokumentów. Jest sprawa wybujałej ambicji prokuratora. Wstyd
mi, że w państwie prawa coś takiego jest możliwe - mówił b. minister.

Wyrok uniewinniający jest już prawomocny i nie ma od niego odwołania.

Maryla

------------------------------------------------------

Stowarzyszenie Blogmedia24.pl

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cenckiewicz ujawnia prawdę o przeszłości Tuska! Skąd jego postawa wobec Rosji i Niemiec?

Kongres PiS w Przysusze.

Karol Nawrocki przed Zgromadzeniem Narodowym: Prezydent RP musi być tylko i aż głosem obywateli i obywatelek RP, nikim więcej