Rycerze lasu - Żołnierze Wyklęci. Wciąż wyklęci .Walka o Rondo im. „Żołnierzy Wyklętych” w Grójcu.
"Żołnierze Wyklęci są symbolem dążeń Polaków, którzy marzą o niezawisłości, wolności i zwycięstwie nad wszelkimi starymi układami. A są wyrzutem sumienia dla kolaborantów i spadkobierców czerwonych katów, jak również rozmaitej maści lewicowców. I śmiertelnym zagrożeniem. Legendy bowiem nie da się zamordować. Ona już płonie ostrym ogniem w młodych sercach."
Wciągu ostatnich dwóch miesięcy z inicjatywy Grójeckiego koła Młodzieży Wszechpolskiej, kibiców Legii Warszawy oraz osób niezrzeszonych w żadnej organizacji ale przychylnym inicjatywie, powołano Społeczny Komitet Uczczenia Pamięci ,,Żołnierzy Wyklętych” W Grójcu i pod jego nazwą zaczęto zbierać podpisy poparcia dla wniosku dot. nadaniu rondu imienia „Żołnierzy Wyklętych” . W ciągu jednego dnia zbierania podpisów, czyli 1 Marca 2013 roku, wspomniany komitet uzbierał ich ponad 600 podpisów. Tego samego dnia udało się także rozdać ponad 1000 ulotek informujących o podjętej inicjatywie. Mieszkańcy Grójca reagowali z wielkim uznaniem, gdy dowiadywali się że jest to inicjatywa obywatelska, bezpartyjna a inicjatorami akcji są ludzie młodzi.
Ponowny wniosek został złożony już 4 marca, tylko tym razem
towarzyszyło mu ok. 600 podpisów. W tym samym czasie od Narodowego dnia
pamięci o „Żołnierzach Wyklętych” na mieście rozdanych zostało ponad 2 500 ulotek , zachęcających do poparcia inicjatywy. Rada Powiatu Grójeckiego jednomyślnie
przegłosowała poparcie naszego wniosku. Lokalne media rozpisywały się
pozytywnie o inicjatywie a przed samą Sesją Rady Miasta, zostało
rozklejonych około 200 plakatów zapraszających na decydujące głosowanie radnych.
Jednak radni byli głusi na oczekiwanie społeczeństwa, pomimo wystosowanego i odczytanego publicznie apelu do rady. 10 z 19 zagłosowało za Rondem „Warszawskim, a zaledwie 5(głównie związanych z Prawicą) było za inicjatywą Społecznego Komitetu Uczczenia Pamięci o „Żołnierzach Wyklętych” w Grójcu.
Kilka godzin temu zakończyła się Rada Gminy i Miasta Grójec,
od dziś na styku ulic Armii Krajowej, Kościelnej, Worowskiej i Poświętne, mamy rondo... Warszawskie.
Wkrótce opublikowana zostanie lista nazwisk radnych którzy nie poszli za głosem obywateli (przypominamy 1000 podpisów).
Mam nadzieje że obywatele podziękują im podczas wyborów, do czego przyczynimy się i MY!
Dziękujemy i przesyłamy ukłony!
Chodakiewicz: Żołnierze Wyklęci. Wyrzut sumienia dla kolaborantów i spadkobierców czerwonych katów!
Najpierw anegdota. Było to na początku lat dziewięćdziesiątych. Pewien „prawicowy” minister obrony spytał mnie, co robię w Polsce. Odparłem, że badania do pracy doktorskiej, mikrostudium powiatu kraśnickiego, ale w danym momencie zajmuję się Narodowymi Siłami Zbrojnymi. Prychnął z pogardą: „Po co? Przecież z tego kariery nie będzie!”. Ja na to: „Po to, że im się należy, bowiem walczyli o to, aby Polska była wolna. Po prostu należy im się wdzięczność. I należy im się pamięć i prawda, bowiem przez tyle lat wylewała na nich pomyje komunistyczna propaganda”.
Minister spojrzał się na mnie z pobłażającą wyższością i zrzucił moje „fanaberie” na mój widocznie młody wiek. Wyglądałem na nastolatka, miałem ponad trzydziestkę. Ponadto ja przyjechałem z USA i doskonale wiedziałem, że na NSZ, jak również na ulubionej wileńsko-nowogródzkiej AK ani w ogóle na niczym polskim w USA kariery się nie zrobi. Natomiast minister był koniunkturalnym PRL-owcem, wykorzystującym głuchą dzicz na polskiej prawicy, aby się wspiąć i uwić gniazdko, co mu się nie udało, bo wnet wypadł z obiegu, postawiwszy na niewłaściwego konia. Pokazuje się dyżurnie na rocznicach, ale mało kto o nim pamięta. Zresztą była to postawa wśród postpeerelowskiej elity dość powszechna. Pewien obecny wiceminister odmówił w tym czasie przyjęcia artykułu o oficerze NSZ do periodyku historycznego, który prowadził na emigracji, bo stwierdził, że to wprawdzie dobry temat i facet był w porządku, ale „jeszcze za wcześnie”. Tymczasem Żołnierze Wyklęci są. Ciężka praca garstki zapaleńców, którym przewodzili: Leszek Żebrowski, Jan Żaryn, Janusz Kurtyka, Bohdan Urbankowski i kilku innych, zaczęła na początku nowego tysiąclecia przynosić skutki. Pierwsze wysiłki popularyzatorskie wychodziły od kombatantów, którzy zarażali tym swoje rodziny i młodzież, a nabrały dynamiki głównie dzięki Lidze Republikańskiej, która jako pierwsza spopularyzowała określenie „Żołnierze Wyklęci”.
W tej chwili nie tylko istnieje obszerna historiografia o antykomunistycznych powstańcach, głównie dzięki Instytutowi Pamięci Narodowej, ale stali się oni młodzieżowymi bohaterami alternatywnymi. Są o nich pieśni, klipy; ich imiona i nazwiska skandują patriotyczni demonstranci; twarze Witolda Pileckiego, Danki Siedzikówny, Zygmunta Szendzielarza, Adama Doboszyńskiego i wielu innych pojawiają się na ogromniastych płachtach rozwijanych przez patriotycznych kibiców na stadionach.
Historyk miał obowiązek opowiedzieć o wyklętych. Polak świadomy swej polskości musi identyfikować się z ciągłością tradycji, której wyklęci bronili. Dlaczego imponują młodym? „My nigdy nie poddamy się” – krzyknął mjr cc. Hieronim Dekutowski „Zapora”, gdy go zmaltretowanego wyciągano go z celi na egzekucję. Wieszany bodaj w 1946 roku publicznie w Lidzie na Nowogródczyźnie „Lalek” zawołał „Niech żyje Polska!”. Młodzieży polskiej niezłomni imponują. Nota bene byli oni dokładnie tacy, jacy mają być żołnierze, a nie politycy. Polityka to sztuka uzyskiwania tego, co możliwe. A w czasie II wojny nic nie było dla Polaków możliwe. Polska była słabeuszem, karzełkiem – przegrała. Politycy polscy nie mieli nic do ugrania. Mogli się tylko przeciwstawić temu, co wyprawiali tutaj Hitler i Stalin, albo do tego się przyłączyć czy też siedzieć cicho i starać się dostosować. Dla żołnierzy takich opcji nie było.
W czasie II wojny światowej Polska miała dwóch wrogów: Niemców i Sowietów. Stąd polscy żołnierze mieli obowiązek bić zarówno popleczników Hiltera, jak i Stalina, w tym tubylczych zdrajców: „Volksdeutschów i Volks-bolszewików” – jak nawoływała jedna z ulotek NSZ. Stąd „PPR – Płatne Pachołki Rosji”. Czy to znaczy, że operacja „Burza” i antysowieckie powstanie, w które się przerodziła, miały sens? Z politycznego punktu widzenia absolutnie nie. Ani z militarnego. To był beznadziejny opór. Natomiast z punktu widzenia wojskowego honoru i zrozumienia swego obowiązku – jak najbardziej.
Wojskowi przysięgali wolnej Rzeczypospolitej i rządowi RP w Londynie. Z tego powodu musieli walczyć. Naturalnie, jak na każdej wojnie, można się było poddać, ale byłoby to złamanie przysięgi. A żołnierz jest od tego, aby walczył, a nie poddawał się. Najlepiej naturalnie byłoby, gdyby udało się wycofać całą armię podziemną, AK, NSZ i BCh, przed przyjściem Sowietów na Zachód. Niestety udało się tylko Brygadzie Świętokrzyskiej. No i – paradoksalnie – niedobitkom garnizonu warszawskiego AK, którzy poszli do niemieckiej niewoli. A potem strumyczkowi Żołnierzy Wyklętych – szczególnie tych, którzy wyrwali się z czerwonych szponów do końca 1945 roku. Potem było znacznie trudniej. Ci, co zostali – walczyli. Wielu ujawniło się w ramach łże-amnestii, ale inni pozostali zacięci i uparci do końca. „Bo wolnych ludzi nic nie złamie” – jak śpiewa bard. Część padła w boju, innych sądowo zamordowała komuna. Ich rodziny napiętnowano jako „bandyckie”.
Ich dzieci żyją w traumie, a wnuki w niewiedzy. Większość konspiratorów antynazistowskich i antykomunistycznych nie ma swoich grobów. Grecka tragedia. Ich mordercy pozostają do dziś właściwie bezkarni. Wszelka działalność przywracająca pamięć o bohaterach jest po prostu moralnie czysta i pożądana. A więc o co chodzi zgodnemu chórowi chamokomuny i michnikowszczyzny, który potępia Żołnierzy Wyklętych? Chodzi właśnie o to, że w latach czterdziestych znaleźli się Polacy, którzy uznali, że zło trzeba nazwać po imieniu: Hitler i Stalin – i nigdy się nie poddali. Nie wchodzili w kolaborackie układy – jak środowisko katolików postępowych z „Tygodnika Powszechnego” czy ludzi z późniejszego PAX-u. Oni nie gadali z czerwonymi. Oni strzelali. A ci inni ugrali wiele. Ocalili swoje życie oraz utrzymali swoje środowisko, żyli na pewno zamożniej niż inni niewolnicy PRL-u. Pozostali obecni. Mogli wazeliniarsko publikować swoje racje, trwać otwarcie. Tak jak liberałowie-postępowcy w Stronnictwie Demokratycznym oraz kadzichłopi w Zjednoczonym Stronnictwie Ludowym. A ci, którzy sprzeciwili się grze, próbom ratowania się za wszelką cenę, wpisywania się w system okupacji sowieckiej przez przedstawiciela – zniknęli z powierzchni ziemi. Zostali wymordowani, pozbawieni grobów, pamięć o nich wytarto z dziejów PRL-u. Co najwyżej podle opluwano ich w ubeckim rechocie wspomnień o „utrwalaniu władzy ludowej”.
Stosunek do nich był niejednoznaczny również po 1989 roku. Ich walka, ich świadectwo rzucały bowiem wyzwanie kompromisowi kolaborantów z komuną. Komunistów z tymi, którzy się w ich PRL-owski system wpisali. Nie mówcie nam więc, że nie było alternatywy w latach 1944-1945. Jak się było żołnierzem, można było prysnąć na Zachód albo walczyć na miejscu. Albo schować się – nawet na stanowisku technicznym, bo kraj potrzebował odbudowy, której przecież czerwoni nie potrafili dokonać (jak pokazała praktyka, nic nie potrafili). Ale wchodzenie w pakty z komuną to zdrada. I Żołnierze Wyklęci są najjaskrawszym przykładem tego właśnie, że nie trzeba było. I to się młodym podoba. Bo wyklęci mieli rację. Walczyli przeciw dwóm wrogom: Hitlerowi i Stalinowi. W tym sensie właśnie oni w tej chwili wygrywają dla Polski II wojnę światową. Bo to oni powinni byli wygrać. Wówczas Polska byłaby wielka, wspaniała, bogata, wolna i sprawiedliwa. I to się nie podoba chamokomunie i michnikowszczyźnie. Bowiem ten tandem plugawi Rzeczpospolitą od początku sowieckiej okupacji w 1944 roku aż po dzień dzisiejszy.
I młodzi – szczególnie narodowcy – chcieli by im w końcu dać za to w mordę. W ten sposób Żołnierze Wyklęci są symbolem dążeń Polaków, którzy marzą o niezawisłości, wolności i zwycięstwie nad wszelkimi starymi układami. A są wyrzutem sumienia dla kolaborantów i spadkobierców czerwonych katów, jak również rozmaitej maści lewicowców. I śmiertelnym zagrożeniem. Legendy bowiem nie da się zamordować. Ona już płonie ostrym ogniem w młodych sercach. Romantyczne, co? Wolę u młodych idealizm niż coś innego. Jaka jest bowiem inna opcja? Głównie moralny relatywizm. „Wybierzmy przyszłość”. Szydercza prześmiewczość pseudokonserwatystów, którzy robią za tubę chamokomuny. Szydzą z powstańców antykomunistycznych, a celują w apologii gen. Jaruzelskiego. Są po prostu mutacją propagandy gazetowyborczej w pismach prawicowych lub takimi się mieniących.
Weźmy choćby ostatnie wynurzenia Adama Michnika na ten temat („Żołnierze wyklęci w potrzasku”, „Gazeta Wyborcza”, 2-3 marca 2013 r.). Obłudnie, w swoim standardowym faryzejskim stylu tak pisze on o początku sowieckiej okupacji: „Był to ponury czas, w którym wszystkie niemal drogi prowadziły donikąd. Był to czas, gdy wierność łatwo przeobrażała się w absurd, a realizm mógł oznaczać zdradę. Tym, którzy tego uniknęli, zarówno „żołnierzom wyklętym”, jak i krytykom, należy się hołd, miłosierdzie i życzliwa pamięć”. Tłumaczymy michnikiadę na polski od końca. Przeciwnością Żołnierzy Wyklętych w Michnikowej dychotomii są ich „krytycy”. A kto to? Przede wszystkim enkawudziści, ubecy, sowieci i tubylczy komuniści. Potem rozmaici realiści, prawdziwi i wydumani, w tym kolaboranci z SD, SL, „Tygodnika Powszechnego”, PAX-u i tym podobnych. Im wszystkim Michnik udziela rozgrzeszenia. I zgodnie z moralnie relatywną wykładnią, ich wszystkich zrównuje z Żołnierzami Wyklętymi. I przebacza tym ostatnim, że „wierność łatwo przeobrażała się w absurd”. Naprawdę? Od kiedy wierność jest absurdem? Michnik nie lubi absolutów, a przecież absolutyzuje tolerancję rozumianą jako aprobatę postawy ubecko-kolaboranckiej. Dlaczego nie tolerować wierności? Bo wierność w polskiej rzeczywistości lat czterdziestych to antykomunizm. Dalej pisze: „Realizm mógł oznaczać zdradę”. Ale przecież działo się to tylko wtedy, gdy realiści zdradzali. Jeśli zaszywali się w prywatność, chowali się, to przecież nie zdradzali. Był to odruch jak najbardziej uprawniony, jak najbardziej realistyczny. W momencie gdy aktywnie wchodzili w system, wspierali go, to zdradzali.
Gdy w „Tygodniku Powszechnym” czy w prasie PAX-owskiej chwalili socjalizm i rewolucję, a ganili Kościół, to nie był realizm. To była zdrada. I to się Michnikowi podoba. To nie jest absurdem. A teraz o „prawie wszystkich niemal drogach prowadzących donikąd”. Czyli jakaś droga prowadziła dokądś. Jaka była to droga? Sowiecka droga do socjalizmu. Była to jedyna zwycięska droga, droga Michnika. Jasne jest więc, że Michnik broni jak zwykle PRL-u oraz tych, którzy w system się wpisali i prosperowali wspaniale. Ale po co zrównywać swoich ulubieńców z Żołnierzami Wyklętymi? Nie będę się odnosił do nudnawych bzdur, jakie Michnik wypisuje na temat konfliktu polsko-żydowskiego w tym czasie. Poświęciłem temu całą książkę, którą na polski przetłumaczono jako „Po Zagładzie”. Osobom zainteresowanym drążeniem tematu polecam natomiast najnowszą monografię o najeździe WiN-u na Parczew pióra Mariusza Bechty, którą Zysk i S-ka wyda na dniach. Profesjonalny historyk i amator będą mogli się nareszcie dowiedzieć się szczegółowo, co rzeczywiście zaszło, a nie polegać na propagandzie „Gazety Wyborczej” – tak solidnej jak to było w sprawie Ejszyszek.
Badamy, badamy dalej. I rezultaty są. Nie tylko w naszej intelektualnej pustelni, ale również w polskich domach oraz na ulicach i stadionach. Czyli opłacało się zająć Żołnierzami Wyklętymi, na których zrobić kariery ani w Polsce, ani w USA nie można. Prawda?
- Zaloguj się lub utwórz konto, by odpowiadać




17 komentarzy
1. Może "Heroes of War: Poland"
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
2. POWOJENNE LOSY ŻOŁNIERZY
Gen. Stanisław Maczek - po wojnie pracował jako sprzedawca, a następnie
barman w hotelowej restauracji. Jego przeszłość znali tylko najbliżsi.
Gen. Tadeusz Bór-Komorowski, ostatni Wódz Naczelny Polskich Sił
Zbrojnych - premier emigracyjnego rządu, a jednocześnie pracownik
zakładu dekoratorskiego i tapicerskiego.
Gen. Stanisław
Sosabowski - pozostający w niełasce Brytyjczyków został pozbawiony
wszelkich uposażeń należnych kombatantom. Pracował jako magazynier w
różnych fabrykach, żył skromnie, większość pieniędzy przeznaczał na
opiekę nad ociemniałym synem, zmarł na zawał serca.
Gen. Klemens Rudnicki - po wojnie założył antykwariat i zajmował się restauracją obrazów.
Płk pilot Janusz Żurakowski - po wojnie wyjechał do USA, gdzie
początkowo pracował jako tokarz, karierę zawodową kontynuował w Centrum
Badań Obronnych Armii USA jako konstruktor antyrakiety Patriot.
Ppłk pilot Jan Zumbach - dowódca Dywizjonu 303, po wojnie parał się
przemytem w Afryce, gdzie posługiwał się pseudonimem Johnny „Kamikaze"
Brown.
Mjr pilot Władysław Jan Nowak - dowódca Dywizjo¬nu 317, po wojnie pracował w sklepie delikatesowym i kawiarni.
Ryszard Kaczorowski - żołnierz 2. Korpusu, ostatni prezydent RP na
uchodźstwie, po wojnie pracował jako księgowy w brytyjskich bankach.
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
3. Społeczny Komitet Uczczenia
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
4. "Boży Wojownik" Rotmistrz Pilecki - Marsz w Toruniu - 11 maja 20
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
5. Związek Żołnierzy Narodowych
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
6. arch/- Żołnierze tragicznej
arch/-
Żołnierze tragicznej sprawy
Jest 5 maja 1945 roku. Żołnierze Brygady
Świętokrzyskiej, jedynej formacji krajowego podziemia, która przedarła
się przez linię niemiecko-sowieckiego frontu, leżą na skraju lasu gdzieś
w zachodnich Czechach, na ziemi okupowanej jeszcze przez III Rzeszę,
czekając rozkazu do ataku na niemiecki obóz koncentracyjny Holiszów.
Całą operację dowództwo Brygady uzgodniło przez łączników z
nadciągającymi Amerykanami, którzy dwa dni wcześniej zbombardowali
holiszowskie zakłady zbrojeniowe.
Chłopcy z Brygady wiedzą już, że Berlin bliski jest upadku, a w
Pradze trwa powstanie pod wodzą komunistów. Żyją nadzieją, że Amerykanie
nadejdą pierwsi – bo naprzeciw siebie mają nacierającą potęgę Armii
Czerwonej, a za sobą wiele tygodni nadludzkiego wysiłku, by wyrwać się z
kraju, zanim zaleje go sowiecka lawina stali i barbarzyństwa.
Przedrzeć się na Zachód
Zgrupowanie składa się z tych żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych,
którzy nie chcieli podporządkować się Armii Krajowej i sformowali
dziewięć miesięcy wcześniej, w sierpniu 1944 roku, ponad tysięczną
Brygadę Świętokrzyską pod dowództwem płk. Antoniego Szackiego
„Dąbrowskiego”, „Bohuna”. Przyjęli – w odróżnieniu od AK – zasadę walki z
dwoma wrogami, Niemcami i Sowietami. Tym ostatnim dawali się we znaki,
likwidując bandyckie oddziały AL i struktury PPR, grabiące i mordujące
ludność na Kielecczyźnie. Zbliżający się Sowieci mieli więc z nimi
własne porachunki: za rozbicie jesienią 1944 roku dużego zgrupowania AL
Tadeusza Grochala „Tadka Białego” wraz z grupą sowieckiego wywiadu
wojskowego pod dowództwem Iwana Karawajewa; za wyłapywanie i
likwidowanie przez lotne patrole NSZ członków grup komunistycznych; za
odbijanie z ich rąk żołnierzy polskiego podziemia, katowanych i bitych,
oraz zakładników ze wsi i dworów; i wreszcie, za zlikwidowanie w
październiku 1944 roku sowieckiej radiostacji w powiecie częstochowskim.
Gdy w styczniu 1945 roku ruszyła nieoczekiwanie wielka ofensywa
sowiecka, od Komendanta Głównego NSZ, płk. Zygmunta Broniewskiego,
dostali polecenie: „Brygada ma wykonać rozkaz wycofania się na Śląsk.
Pomocy żadnej nie możemy udzielić. Należy liczyć na własne siły”.
Liczyć na własne siły… Klucząc szybkim marszem z taborami na
furmankach między wycofującymi się na zachód potężnymi zgrupowaniami
niemieckimi, słysząc wciąż za plecami sowiecką nawałę artyleryjską.
Tylko szaleniec mógł liczyć na to, że operacja przedarcia się na
terytoria zajmowane stopniowo przez Amerykanów może się powieść,
zwłaszcza że broni mieli mało – niejeden z nich chował za paskiem jak
skarb stary granat. Ale wyboru nie mieli. Plan wycofania się na Zachód
był zresztą zgodny z myślą Naczelnego Wodza na Uchodźstwie, gen.
Kazimierza Sosnkowskiego, który latem 1944 roku napisał do komendanta
AK: „Upoważniam was w razie koniecznej potrzeby do wycofania […]
najbardziej zagrożonych elementów AK, a przede wszystkim młodzieży (na
zachód ku granicy słowacko-węgierskiej). In extremis zezwalam na
wycofanie tych elementów poza granice Kraju, z rozkazem przedostania się
do sił naszych na obczyźnie”.
A Brygada, choć niepodlegająca komendzie AK, była in extremis…
Niemcy, z którymi stoczyła od swego powstania wiele potyczek i bitew,
w tym najpoważniejszą we wrześniu 1944 pod Cacowem, gdzie obroniła się
przed 400-osobową kolumną lotników i setką żandarmów z bronią maszynową,
ogarnięci byli wprawdzie atmosferą chaotycznego odwrotu, ale nadal
stanowili poważne zagrożenie dla żołnierzy NSZ.
W kleszczach dwóch wrogów
Już 15 stycznia, dwa dni po otrzymaniu rozkazu przebijania się do
aliantów, doszli do rzeki Pilicy, obsadzonej silną niemiecką obroną. Tuż
za nimi Wehrmacht stawiał jeszcze beznadziejny opór Sowietom. Kleszcze
zaciskały się z godziny na godzinę.
Szczęście sprzyjało Polakom: pochwycili kilku niemieckich jeńców,
których dowódca Brygady odesłał do swoich z ultimatum: albo Niemcy
przepuszczą oddziały przez most pod Żarnowcem, albo nastąpi polskie
uderzenie. Nie było innego wyjścia niż tak desperackie, ponieważ czołgi
sowieckie, przełamawszy front, gnały wprost na rzekę. Nie czekając na
odpowiedź Niemców, płk Szacki kazał ruszać przez most. Gdy wszystkie
oddziały przeszły na drugą stronę, Sowieci dopadli ogniem ostatnie wozy
taborów – Brygada wyrwała się ze śmiertelnej pułapki w ostatniej chwili.
Na drugim brzegu, w Żarnowcu, wjechali wprost na niemieckie czołgi.
„Posuwaliśmy się z bronią gotową do strzału – zapamiętał Wiesław
Widloch. – Na chodniku stało trzech Niemców z wycelowanymi w nas
pistoletami maszynowymi. Jeden z nich zaczął się zbliżać, ale kiedy
zobaczył nasze lufy, zatrzymał się. I tak staliśmy naprzeciw siebie z
wycelowaną bronią gotowi na wszystko chyba z pół godziny. Raptem
ruszyliśmy, i to galopem”. Kolejne wozy wypadały z miasta na otwartą
przestrzeń, w pola. Przez Odrę przeszli, podobnie jak przez Pilicę, bez
walki z Niemcami, ale z sowiecką armią na karku.
Rozkaz płk. Szackiego z 19 stycznia wyjaśnił niezrozumiałą dla
żołnierzy ustępliwość Niemców: „Dla ratowania Brygady porozumiałem się z
dowództwem fortyfikacji niemieckich, aby przejść przez ich linie na
zachód. Tym samym weszliśmy w stan nieprowadzenia walki z Niemcami na
czas nieokreślony. Mam nadzieję, że szybko toczące się wypadki wojenne
pozwolą nam w niedalekiej przyszłości zameldować się u Naczelnego
Wodza”.
„Odetchnąłem… Amerykanie”
Utrzymanie stanu „nieprowadzenia walki” wymagało od polskiego
dowództwa nie lada dyplomacji: trzeba było przyjąć nakazany przez
Niemców kierunek marszu do Czech, ale równocześnie odwieść ich od
zamiaru wcielenia Brygady do Waffen SS lub użycia jej do walk
partyzanckich na tyłach frontu. Posługując się najróżniejszymi
argumentami, płk Szacki uchronił swoich żołnierzy od wypełniania roli
sojuszników III Rzeszy.
Tymczasem Brygadę czekało, zgodnie z żądaniem postawionym przez
Niemców, zimowe przejście przez Sudety – na mrozie przez głębokie
śniegi, w zniszczonych starych ubraniach, na skraju wytrzymałości
fizycznej. Znieśli wszystko, byle dalej od czerwonych, byle bliżej
wolności. Po długich dyskusjach Niemcy zgodzili się na dalszy przemarsz
na Zachód przez Czechosłowację. Szli więc w kierunku Pilzna, co rusz
wymykając się niemieckim jednostkom. Panujący na przyfrontowym terenie
chaos, potęgowany przez różnorodność wycofujących się oddziałów
niemieckich i Ostlegionów, stwarzał warunki sprzyjające Polakom: w
powszechnym zamieszaniu łatwiej im było zniknąć, nie ściągając na siebie
uwagi.
W drodze Brygada rosła, przygarniając pod swoje skrzydła zbiegłych
jeńców z Powstania Warszawskiego, Polaków wywiezionych na przymusowe
roboty, uwolnionych z obozów jenieckich i koncentracyjnych, którzy nie
chcieli wracać do komunistycznej Polski.
Dowództwo starało się jak najpilniej nawiązać łączność z 3. Armią
amerykańską pod dowództwem gen. George’a Pattona – taki był przecież od
początku cel morderczego marszu, a poza tym, w obecnej sytuacji –
warunek przetrwania polskiej jednostki, która musiała wymknąć się spod
uciążliwej niemieckiej kontroli. Ze względów politycznych należało
równie szybko skontaktować się z rządem na uchodźstwie oraz 2. Korpusem
gen. Andersa, by powiadomić prawowite władze o liczącym już blisko 2
tysiące członków zgrupowaniu.
Naprzeciw Amerykanom wyszła 30 kwietnia 1945 r. grupa pod dowództwem
kpt. Stefana Celichowskiego „Skalskiego”. Napotykając w nocnych
ciemnościach wrogie czołgi i patrole, poruszali się ostrożnie w rejonie
frontu, narażeni na ostrzał aliancki. „Kierujemy się na baterię
amerykańską, którą słychać coraz wyraźniej – wspominał kpt. Celichowski.
– Robi się brzask, las się kończy, sto metrów łączki, a następnie
wiejskie zabudowania. Vis-à-vis nas na dachu leży dwóch żołnierzy.
’Osiemdziesiąt procent pewności, że to Amerykanie, ale jeśli to jakiś
oddział SS…’, myślę sobie. Dali strzał alarmowy, no i trzeba było
wyleźć”. Powiewając białą flagą, trzymali się ściany lasu, podczas gdy
naprzeciw nim biegli obcy żołnierze. „Słyszę jakieś okrzyki i… nie
rozumiem ani słowa. Odetchnąłem… Amerykanie”. Zaprowadzeni do dowództwa
dywizji, zostali przyjęci ze zdumieniem, ale i serdecznością: „Czułem
się takim samym żołnierzem i oficerem alianckim jak oni. Starsi
oficerowie amerykańscy przy każdej sposobności to podkreślali” – pisał
kpt. Celichowski.
„Czy ktoś mi kiedyś uwierzy?”
Szybko dokonano ustaleń na temat planowanej przez NSZ akcji na obóz
kobiecy w Holiszowie. Liczyła się każda minuta, załoga SS dostała bowiem
rozkaz likwidacji obozu.
5 maja 1945r., o świcie, żołnierze Brygady wpatrują się z odległości
kilkuset metrów w druty otaczające obóz. Jeden z nich, Wiesław Wieloch,
pamięta, że przez głowę przebiegała mu myśl: „Czy, jeśli przeżyję, ktoś
mi kiedyś uwierzy, że wyzwalałem niemiecki obóz koncentracyjny?”. W
południe pada komenda: „Naprzód!”. Zaskoczeni esesmani bronią się
krótko, brama ustępuje pod naporem Polaków, którzy wpadają do obozu,
otwierają baraki pełne stłoczonych więźniarek: Francuzek, Polek,
Czeszek, Rumunek… Do niewoli idzie 200 esesmanów i 15 nadzorczyń.
Uwagę płk. Szackiego zwracają dwa baraki, otoczone drutem kolczastym
pod napięciem i wychudłe twarze wyglądające przez małe okienka. Żydówki…
Zamknięte, miały zostać spalone żywcem. „Chciałem wejść do środka, ale
makabryczny widok zatrzymał mnie na progu – przyznaje zawodowy oficer,
który niejedno już widział. – Z mroków budynku wydostawał się potworny
odór rozkładających się trupów. Z tych czeluści na światło dzienne
wypełzały pozostałe przy życiu kobiety”.
Trzeba jeszcze powstrzymywać wygłodzone kobiety rzucające się na
kopce surowych ziemniaków. I odstawić Amerykanom jeńców, którzy nagle
stają się pokorni. „Okazało się, że wszyscy byli niewinni – wspomina
jeden z polskich żołnierzy – a wszystko to zrobiło się samo, te baraki,
te trupy, te biegające szkielety. Jeden z nich upadł na kolana,
doczołgał się do moich nóg i zaczął całować buty. Poczułem się okropnie
głupio. To dziwne, ale zrobiło mi się wstyd. Cofnąłem się i lufą
pchnąłem go do szeregu”.
„Dziwne to wojsko”
Dla Brygady zaczęły się krótkie dni chwały: walka u boku Amerykanów,
jak równy z równym, zakończona wzięciem do niewoli sztabu XIII Armii, w
tym dwóch generałów; wizyta wysłannika Naczelnego Wodza i jego słowa:
„Byliście i jesteście żołnierzami polskimi, a czyny wasze przejdą do
historii”; spotkanie z delegacją oficerów przysłanych przez gen.
Andersa.
Brygada Świętokrzyska jest jednak w oczach władz na uchodźstwie wciąż
oddziałem NSZ, który odmówił połączenia się z AK. Równocześnie Sowieci
zaczynają się upominać o „faszystowskich” żołnierzy, kilku porywa NKWD.
„Londyn miał z nimi porachunki jeszcze z czasów Armii Krajowej. Jego
oficerowie-łącznicy wiele wysiłku włożyli w to, aby Amerykanom
tłumaczyć, że ci chłopcy, którzy płakali, oddając z tak pomysłowym i
krwawym wysiłkiem ciułaną broń – to nie żołnierze, tylko jakieś cywilne
plewy zagnane wichrem wojny do Niemiec” – pisał Melchior Wańkowicz,
który odwiedził Brygadę jesienią 1945 r. po przeniesieniu jej do
Marsfeld w Niemczech i przekształceniu w kompanie wartownicze. „Trudno
było wyjść cało z tych połączonych ataków Warszawy, Rosji i Londynu,
Amerykanie jednak czuli, że te ataki popychają ich do czegoś
nieuczciwego. Odebrali broń, odebrali statut żołnierski, ale Brygady nie
wydali, jej żołnierzy nie rozproszyli po obozach cywilnych”. Dziwne
wydaje się Wańkowiczowi, otrzaskanemu z realiami regularnej armii spod
Monte Cassino, to wojsko „zawieszone w pustce – z portretami prezydenta
Arciszewskiego na ścianach. Z namiętnym kultem dla 2. Korpusu i jego
wodza. Bez nowoczesnego wyszkolenia – z akcentowaną postawą żołnierską.
Bez możliwości awansów i odznaczeń – z silną hierarchią własnych
stopni”.
Ścigani po wojnie przez sowieckich agentów nawet we Francji, gdzie
osiadło wielu z nich, wyjeżdżali za Atlantyk. Odsądzeni od czci przez
propagandę komunistyczną w PRL, która uczyniła z nich „kolaborantów
niemieckich”, dowiadywali się o kolejnych wyrokach na dawnych towarzyszy
broni z NSZ. Wiedzieli, że w kraju nie znajdzie się dla nich miejsca
więcej niż na mogiłę – ostatni żołnierze wciąż wyklęci zmową komunistów i
rządzących dziś Polską ich ideowych spadkobierców. W księdze Brygady
zapisano słowa: „Latami idziemy nocą, żołnierze tragicznej sprawy”. Ich
marsz jeszcze się nie skończył…
Anna Zechenter IPN Kraków
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
7. arch/- Mogę kochać Ojczyznę
arch/-
Mogę kochać Ojczyznę jak Pilecki
Z Karolem Marią Wojtasikiem, współorganizatorem III Toruńskiego Marszu Rotmistrza Pileckiego, rozmawia Izabela Kozłowska
Skąd zrodził się pomysł na zorganizowanie Marszu Rotmistrza Pileckiego w Toruniu?
– Pomysł zrodził się za sprawą ogólnopolskiej inicjatywy „Let's
Reminisce About Witold Pilecki” oraz wiążących się z nią marszów
organizowanych w innych miastach Polski, 13 maja, w dniu urodzin Witolda
Pileckiego. Za pierwszym razem byłem uczestnikiem, natomiast za drugim
już jednym z organizatorów. Idący w marszu poczuli, że nie można
odstawać od innych, że są wśród nas szczególnie zainteresowani, chętni
do działania ludzie, którzy z ochotą podejmą się zorganizowania
kolejnych marszów i pokażą całej Polsce możliwości mobilizacyjne
środowisk narodowych w Toruniu. Ostatni marsz okazał się prawdziwym
przebojem, najbardziej profesjonalnie przygotowaną
uroczystością w Polsce. Wiele osób zaangażowanych w upamiętnienie
Pileckiego w innych miejscowościach pokazywało nasz marsz jako wzór –
to bardzo podbudowuje. Inspiracji do zorganizowania było wiele, poza
wcześniej wspomnianymi były to m.in. nasilone ataki różnorodnych
środowisk lewicowych na wartości najbliższe naszym sercom (Bóg, Honor i
Ojczyzna), kłamstwa poprzez kreowanie ich „bohaterów” jako jedynych
słusznych i prawdziwych. Przyczyniła się również do tego kwestia
związana z niską świadomością mieszkańców Torunia na temat narodowych
bohaterów. Bohaterów na miarę znanych nam postaci z komiksów, o
niebywałych zdolnościach, sile i ujmującej serce działalności – walki
dobra ze złem. Jednak my, Polacy, nie musimy odwoływać się do postaci
fikcyjnych; my mamy prawdziwych bohaterów, m.in. żołnierzy wyklętych.
Teraz już nagłaśniamy ich postacie, zasługi, problematykę ich życia,
przywracamy o nich pamięć oraz upamiętniamy poprzez różne projekty,
takie jak marsz Pileckiego czy tablica Żołnierzy Wyklętych, której to
wizualizacja wraz z projektem uchwały została ostatnio złożona przez
prof. dr. hab. Wojciecha Polaka do Biura Rady Miasta Torunia.
Torunianie dotychczas chętnie włączali się w ten marsz? Z jakim zainteresowaniem cieszyły się wcześniejsze jego edycje?
– Narastającym. Pierwszy marsz był spontaniczny, zwołany SMS-owo,
wśród znajomych. Przyszło raptem 60 osób, a może i mniej. Na drugim
spodziewaliśmy się około 500 osób, a przyszło 1,5 tysiąca. Co roku
staramy się rozbudować nasz marsz, nadając mu coraz to ciekawsze oprawy,
podnosząc jego doniosłość, nie zapominając o tym, że jest to inicjatywa
społeczna i chcemy zachować pewną swobodę, nie ubierać jej w sztywne
ramy, umożliwić spontaniczne wyrażanie siebie samego i swojej dumy z
bycia Polakiem. W tym roku będzie to kibicowska oprawa ze stroboskopami,
racami i świecami dymnymi oraz koncert patriotyczny Tadka Polkowskiego z
Krakowa.
Coraz więcej osób, instytucji dopytuje się, jak mogą dołączyć do
organizacji, jak mogą nas wspomóc. To wszystko pokazuje, że
zainteresowanie istnieje i wciąż zwiększa się. Ludzie powoli przekonują
się, że podstawę ich bytu stanowi państwo i polskość, która obecnie jest
mocno wyśmiewana, a uczestnicząc w marszu, właśnie ją wyrażają. Widząc
wywieszony plakat z informacją o III Toruńskim Marszu Rotmistrza
Pileckiego, już nie pytają, o kogo chodzi albo o co chodzi, a którego to
będzie? To cieszy, pokazuje, że praca Klubu „Szewskiej Pasji” pod
przewodnictwem prof. dr. hab. Wojciecha Polaka nie jest bezowocna.
Jednym ze szczególnych naszych założeń jest, aby z inicjatywy mającej na
celu upamiętnienie wybitnej postaci nie zrobić imprezy komercyjnej. To
wbrew naszym intencjom.
Jak we współczesny świat wpisuje się postawa rotmistrza Pileckiego?
– Niektórzy mówią i swoim zachowaniem potwierdzają, że jako relikt.
Gdzie nie spojrzeć – rozpusta i liberalizacja życia. Jednak mimo to we
wszystkim, co nas otacza, po pewnym czasie zauważamy powrót do
pierwotnych założeń, do fundamentów. Tak jest z modą, muzyką,
motoryzacją i również z hierarchią wartości. Zmieniają się nie tylko
pojedyncze wartości, ale także całe systemy wartości. Świat potrzebuje
przykładów i wzorców, do których trzeba powrócić, na których należy się
opierać (tutaj należy właśnie wskazać osobę rotmistrza Pileckiego).
Ludzie powoli się do nich przekonują. Ten progres, mimo iż powolny, jest
zadowalający.
Dlaczego warto przypominać osobę Witolda Pileckiego?
– My manifestujemy wartości, w które wierzymy, a żeby nie były one
pustymi frazesami przez nas podnoszonymi, podajemy przykład – Pilecki.
To pozwala budować własne relacje chęci do możliwości i motywuje do
działania, uświadamia, że można. Mogę być człowiekiem wiary – jak
Pilecki. Mogę być odważny – jak Pilecki. Mogę kochać swoją Ojczyznę –
jak Pilecki. Mogę być… Skoro Pilecki mógł, dlaczego nie ja? On walczył o
Ojczyznę dla następnych pokoleń, ja również mogę i powinienem. On był
wzorem do naśladowania dla swoich dzieci, ja również muszę! To jest
istota naszych działań. Zresztą notoryczne próby ośmieszania naszych
wartości, próby ich zwalczania, doprowadzają do demoralizacji, powodują
ogólne zwątpienie u ludzi słabej wiary, łatwo poddają się mainstreamowym
naciskom. My musimy się temu przeciwstawić. Życie Witolda Pileckiego
już od harcerskiej młodości, później ułana, wojskowego, ojca, męża,
gospodarza pokazuje nam, w jakim kierunku powinnyśmy zmierzać, do czego
dążyć. Upamiętnienie jego osoby to również reaktywacja należnego
szacunku wojskowym, prawdziwym wojskowym, sługom Ojczyzny. To nasz
obowiązek! Pamiętajmy – nie jesteśmy Europejczykami. Jesteśmy Polakami,
dumnymi Polakami! Mamy dla kogo żyć, pracować i za co umierać!
Dziękuję za rozmowę.
Izabela Kozłowska
http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/31610,moge-kochac-ojczyzne-jak-pi...
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
8. (Brak tytułu)
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
9. http://ipn.gov.pl/publikacje/
Niniejszy tom stanowi zbiór studiów
omawiających różnorodne aspekty amnestii ogłaszanych przez komunistyczne
władze w latach czterdziestych – poczynając od sowieckich wzorów
organizowania tego rodzaju przedsięwzięć, zastosowanych rozwiązań
prawnych, działalności operacyjnej UB oraz stosunku do tej akcji różnych
struktur podziemia niepodległościowego. Autorzy omawiają okoliczności,
przebieg i wyniki amnestii w poszczególnych regionach Polski, w tym
także na terenie anektowanej przez Związek Sowiecki Wileńszczyzny. Tom
posiada także aneks źródłowy zawierający kilkadziesiąt dokumentów –
statystyk, przepisów prawnych, odezw i tekstów publicystycznych z tamtej
epoki – z których wiele zostało opublikowanych po raz pierwszy.
Praca
powstała w ramach centralnego projektu naukowo-badawczego IPN „Aparat
bezpieczeństwa w walce z podziemiem politycznym i zbrojnym 1944–1956”.
SPIS TREŚCI
Wstęp
Piotr Niwiński – Amnestia jako metoda walki sowieckiego NKWD z polskim podziemiem niepodległościowym na Wileńszczyźnie (1944–1945)
Arūnas Bubnys – Litewska partyzantka niepodległościowa wobec amnestii sowieckich w latach 1945–1946. Problem ujawniania się i legalizacji
Przemysław Gasztold-Seń – Problemy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w przygotowaniu i realizacji amnestii 1945 i 1947 r.
Tomasz Łabuszewski – Amnestia 1945 r. i deklaracja Jana Mazurkiewicza „Radosława”
Wojciech J. Muszyński – Podziemie narodowe i komunistyczne amnestie lat 1945 i 1947 – wybrane aspekty
Maciej Korkuć – „Ujawnienie
nie mniej ryzykowne, jak i nie ujawnienie”. Podziemie niepodległościowe
w Krakowskiem wobec akcji amnestyjnej w 1945 r.
Justyna Dudek – Amnestia jako środek walki aparatu bezpieczeństwa z podziemiem niepodległościowym na przykładzie Lubelszczyzny
Mirosław Surdej – Amnestie i akcja ujawnieniowa na Rzeszowszczyźnie w latach 1945–1956
Alicja Paczoska-Hauke – Amnestie z 1945 i 1947 r. jako środek w walce z podziemiem niepodległościowym w województwie pomorskim
Kazimierz Krajewski – Gdy nie można złamać podziemia, należy je „rozłożyć”. „Dzikie” amnestie na terenie województwa warszawskiego (1945–1946)
Ryszard Śmietanka-Kruszelnicki – „Dzikie”
amnestie na przykładzie Związku Zbrojnej Konspiracji na ziemi
radomskiej (sierpień–wrzesień 1946 r.). Inspiracje i konsekwencje
Agnieszka Łuczak – Ujawnienie oddziału „Dzielnego”/„Kościuszki” jako przykład amnestii lokalnej w Wielkopolsce (jesień 1946 r.)
Marcin Zwolski – Amnestie
z lat 1945–1956 oraz ich realizacja w więziennictwie. Praktyka
ogólnopolska a lokalna specyfika na przykładzie białostockim
Piotr Łapiński – Amnestia w 1947 r. na Białostocczyźnie jako próba „rozbrojenia terenu”
Aneksy źródłowe (33 dokumenty)
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
10. Piotr Mazurek 68 lat temu
Piotr Mazurek
68 lat temu Brygada Świętokrzyska NSZ wyzwoliła niemiecki obóz koncentracyjny w czeskim Holiszowie. Czesi pamiętają. A Polacy?
Wyzwoliciele niemieckiego obozu koncentracyjnego w Holiszowie nie
spotkali się, więc do dziś w swej Ojczyźnie z należnymi im honorami. W
Warszawie wciąż nie ma pomnika żołnierzy NSZ, ani żadnego innego
miejsca, które by o nich przypominało.
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
11. Kapitan Gracjan Fróg
Kapitan Gracjan Fróg „Szczerbiec” (pierwszy z
lewej) wśród dowódców wileńskiej AK. Przed frontem płk Aleksander
Krzyżanowski „Wilk”, dowódca Okręgu Wileńskiego AK, umarł po wojnie w
więziennym szpitalu. Turgiele, Wielkanoc,1944 rok ()
Śmierć „Szczerbca”
Kalendarz polski codzienny
Piotr Szubarczyk
Uciekł z niewoli niemieckiej,
kilkakrotnie z niewoli sowieckiej i z obozu NKWD dla akowców w
Diagilewie pod Riazaniem. Nie udało mu się uciec przed NKWD-UB. Bohater
konspiracji niepodległościowej na Kresach (kawaler Orderu Virtuti
Militari – dwukrotnie), dowódca 3. Wileńskiej Brygady AK został
zamordowany w więzieniu mokotowskim 11 maja 1951 roku. W 1959 roku
komuniści „zrehabilitowali” go, ale dalej ukrywają miejsce pochówku.
Pozostał symboliczny grób na Powązkach i poszukiwania na Łączce.
Kapitan
Gracjan Fróg „Szczerbiec” (ur. 8 grudnia 1911 roku) jest Polakom
zupełnie nieznany. Na fali zainteresowania żołnierzami wyklętymi możemy
przywrócić pamięć o zamordowanych przez sowieckich kolaborantów za
wierność świętej sprawie naszej niepodległości. „Szczerbiec” należy do
tych, których zapomnieć nie można! Z licznych świadectw żołnierzy
wileńskich wynika, że był żywą legendą partyzantki walczącej z Niemcami,
z ich litewskimi kolaborantami (m.in. bitwa pod Murowaną Oszmianką w
maju 1944 r.), także z sowieckimi „partyzantami” – dywersantami Moskwy,
których interesowały nie tyle siły niemieckie na Wileńszczyźnie, co
polska partyzantka. Zamordowali podstępnie 80 żołnierzy i dowódcę
pierwszego oddziału AK na Wileńszczyźnie por. Antoniego Burzyńskiego
„Kmicica”.
Kapitan Fróg był oficerem Wojska Polskiego, m.in. po
Szkole Podchorążych Piechoty w Komorowie-Ostrowi Mazowieckiej, tak jak
płk Łukasz Ciepliński, postać symboliczna dla „wyklętych”. Miał
szczególną charyzmę i mir wśród żołnierzy. To dlatego został po wojnie
zabity, choć nie dowodził już żadnym oddziałem. Był jednym z tych,
których Sowieci nie zdążyli zamordować podczas zbrodni katyńskiej. Teraz
kończyli „dzieła”.
12 maja pamiętajmy w modlitwie o rocznicach śmierci Marszałka Józefa Piłsudskiego (1935) i gen. Władysława Andersa (1970).
http://www.naszdziennik.pl/wp/32285,smierc-szczerbca.html
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
12. Czeskie Lidove Noviny o
Lubos Palata - "Lidove Noviny" 9 maja 2013 r.
A na co czeka organ Michnika? :)
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
13. na co czeka...wiadomo na kompletne zapomnienie
wszak WEszyscy pamiętamy kim był brat guru salonu,,krwawy sędzia stalinowski...
stefan michnik....
a więc ...szalon i mieszadło czekają na zapomnienie...
Na szczęsie nie zapominają :Grójeccy radni ...
a to już jedno z końcowych zdań z z artykułu przytocznego przez panią prezes....
"Nasza Polska str 3 nr 18 30 IV 2013
"upamiętnieniem Żołnierzy Wyklętych zajmiemy się sami,nie brakuje nam pomysłów ani energii,nie brakuje nam pomysłów ani energii,czego dowodem było choćby rozkolportowanie w Grojcu 2,5 tysiąca ulotek i kilkuset plakatów,które wydrukowaliśmy za własne pieniądze.Mamy kilka pomysłów,jak upamiętnić miejscowe podziemie niepodległościowe. Nie będę na razie zdradzał naszych planów.Wszystkich zainteresowanych akcją zapraszam do śledzenia naszej strony facebook.com/Komitet-Grojec,gdzie będziemy podawać aktualne informacje o naszych działaniach
...."
szanowna pani prezes...po co nam mieszadło...mamy swoje gazety ...i im wielkie składam ukłony i szacunek...
"Nasza Polska" jest taką właśnie....To gazeta nie dotowana przez żaden obcy kapitał...
i dlatego własnie jest taka Polska...
ukłony...
gość z drogi
14. @gość z drogi
gdyby nie nasza, Polska determinacja, to polskojęzyczne media i nie nasze rządy zamiotły by wszystkich pod dywan. I Zołnierzy Wyklętych i ofiary rzezi wołyńskiej...wszystkich.
Poznań: Odsłonięto tablicę ku czci ostatnich przywódców Narodowych Sił Zbrojnych [ZDJĘCIA]
Uroczysta msza święta, okolicznościowe wystawy oraz odsłonięcie
pamiątkowej tablicy ku czci Stanisława Kasznicy i jego brata Jana
Kasznicy na terenie I Liceum Ogólnokształcącego w Poznaniu - to główne
punkty obchodów rocznicy stracenia Stanisława Kasznicy i Lecha Neymana.
Ekshumacje ofiar komunizmu na Powązkach: Zidentyfikowano Stanisława Kasznicę, ostatniego dowódcę NSZ
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
15. szanowna pani prezes i dlatego Warto byc dumny z tego
ze jest sie Polakiem a nie kundlem
serdeczne pozdrowienia wieczorne...i modlitwa za Nich wszystkich....
gość z drogi
16. (Brak tytułu)
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe
17. Młodzież pamięta o
Młodzież pamięta o żołnierzach wyklętych
27 uczniów ze szkół leżących na terenie archidiecezji przemyskiej wzięło udział w drugiej edycji konkursu patriotycznego, który w tym roku odbył się pod hasłem „Żołnierze Wyklęci – zapomniani bohaterowie naszego regionu”.
Konkurs odbył się 18 maja br. w Ośrodku Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Archidiecezji Przemyskiej (KSM AP) „Nadzieja” w Wybrzeżu (woj. podkarpackie). Jego organizatorami było KSM AP oraz Zespołu Szkół im. Aleksandra Fredry z Nienadowej.
Spotkanie rozpoczęło się Mszą św. w intencji Ojczyzny. Tuż po niej przywitano uczestników i gości przybyłych na konkurs, który podzielony był na trzy części. Pierwszym etapem była gra plenerowa.
Jak wyjaśniają organizatorzy konkursu, uczestnicy mieli za zadanie odnaleźć fragmenty podręcznika, artykuły z gazet, zdjęcia i mapy dotyczące tematyki konkursu i odpowiednio oznakowane, które mogły im się przydać podczas kolejnych etapów.
Kolejny etap był pisemny, w którym uczestnicy musieli wykazać się zdobytą wiedzą.
Ostatni, trzeci etap polegał na prezentacji sylwetki wybranego żołnierza wyklętego.
Ostatecznie pierwsze miejsce zajęła Karolina Augustyn z Łańcuta. Na drugim znalazł się Piotr Farciszewski z Brzozowa, zaś trzeci był Karol Winiarski, także z Brzozowa.
Jak wyjaśniają organizatorzy, konkurs ten jest jednym ze sposobów realizowania postawy patriotycznej wpisanej w KSM. „Jego celem jest budzenie i propagowanie świadomości historycznej wśród młodzieży – w tym roku ze szczególnym podkreśleniem postawy żołnierzy wyklętych. Swoją obecnością zaszczyciła nas pani Marzena Baum-Gruszowska – kierownik Europejskiego Centrum Pamięci i Pojednania” – wyjaśniono w przesłanym NaszemuDziennikowi.pl komunikacie.
http://www.naszdziennik.pl/polska-kraj/33283,mlodziez-pamieta-o-zolnierz...
Maryla
------------------------------------------------------
Stowarzyszenie Blogmedia24.pl
- konto bankowe